audio / video | 09.03.2010

Festung Breslau - publicystyka, historia - polemika

autor: dr Andrzej Dębski

Portal niemcy-online.pl jest otwarty na konstruktywną dyskusję i merytoryczne spory - "o dziś", "o wczoraj" i "o jutro". Parę dni temu opublikowaliśmy na naszych stronach szeroką analizę "upadku miasta" czyli emocjonalną opowieść Krzysztofa Tokarza na temat ostatnich miesięcy funkcjonowania niemieckiego "Festung Breslau". Chodzi o artykuł "Festung Breslau - jak zamordowano miasto", który wywołał dyskusję pod tekstem i odzew mailowy czytelników. Polemicznie do artykułu odniósł się doktor Andrzej Dębski.

================ 

 

Festung Breslau – publicystyka i historia

 

dr Andrzej Dębski (wrocławski historyk i filmoznawca) 

 

Dobrze, że na niemcy-online.pl ukazał się artykuł o Festung Breslau („Festung Breslau – jak zamordowano miasto” Krzysztofa Tokarza).

 

Gorące dyskusje wokół książki „Festung Breslau w ogniu” będącej polskim tłumaczeniem wspomnień Ahlfena i Niehoffa, wydanie powieści Marka Krajewskiego i Andrzeja Ziemiańskiego zawierających „Festung Breslau” w tytule, ukazanie się polskiej edycji książek Hugo Hartunga i wspomnień Ernsta Horniga, działalność Grupy Rekonstrukcji Historycznej Festung Breslau, czy w końcu zorganizowanie konferencji naukowej w Uniwersytecie Wrocławskim, która skutkowała wydaniem publikacji „Festung Breslau 1945. Historia i pamięć”, są przekonującymi dowodami na zapotrzebowanie społeczne oraz swoistą „modę na Festung Breslau”.

 

Tak tę modę interpretuje Grupa Rekonstrukcji Historycznej Festung Breslau - którzy dziś przebrani w stroje z epoki odtwarzają historie niemieckiej Festung Breslau z faktograficzną pieczołowitością:

 

 

Tym bardziej ważne jest, aby wiedza o dniach oblężenia miasta ugruntowana była na solidnych badaniach historycznych, wolnych od uprzedzeń i wychodzących poza tradycyjne interpretacje narodowe: polskie, niemieckie czy sowieckie. Licznych przykładów takich badań dostarcza ostatnia z publikacji. Dla zainteresowanych to pozycja nieodzowna – szkoda, że autor artykułu do niej nie dotarł.

 

=========

W artykule pojawiają się bowiem błędy faktograficzne i niezrozumiałe interpretacje znanych wydarzeń. Przykładem niech będzie stwierdzenie, iż gauleiter Hanke budował lotnisko w środku miasta i „jedynie sam z niego skorzystał”.

Pisze o tym we wspomnianej publikacji Alfred Konieczny: Sporadycznie dochodziło jeszcze do lądowania Junkersów i szybowców transportowych na Placu Grunwaldzkim. Przykładowo w nocy z 6 na 7 kwietnia wylądowało kilka maszyn, które w drodze powrotnej zabrały 52 rannych. Dwa Junkersy wylądowały w nocy z 9 na 10 kwietnia, zabierając potem 22 rannych. 11 kwietnia wylądowały 2 duże i 2 małe szybowce transportowe. Junkers wylatujący 22 kwietnia, załadowany 25 rannymi, został zestrzelony nad Biskupinem.

 

Konieczny pisze nie tylko o wykorzystaniu lotniska, ale też o znaczeniu, jakie przypisywali mu Niemcy – świadczy o nim m.in. zainteresowanie samego Hitlera, który wśród najpilniejszych zadań Luftwaffe wymieniał zaopatrzenie Wrocławia w amunicję i sprzęt wojskowy, i  który po zasygnalizowaniu zagrożenia Gądowa i stwierdzeniu słabych sił radzieckich na północnym odcinku obrony twierdzy – zasugerował zbudowanie tam na wszelki wypadek dodatkowego lotniska.

============

Zadziwiająco brzmi teza autora artykułu, iż celowo pojono mieszkańców, zwłaszcza kobiety, informacjami o gwałtach, aby przyśpieszyć decyzję o ucieczce, a u innych wzmocnić chęć obrony Festung przed Sowietami. Według tej interpretacji mieszkańcy modlili się, aby Rosjanie jak najszybciej zajęli twierdzę, bo to zakończyłoby ich bezsensowne cierpienia i niepotrzebne zabijanie ich samych.

Aż nie chce się wierzyć, że Krzysztofowi Tokarzowi mogą być nieznane wspomnienia Marty Hillers lub oparty na nich słynny film Maksa Färberböcka Kobieta w Berlinie:

 

To tylko zwiastun filmu Kobieta w Berlinie, ale przecież są jeszcze źródła drukowane. Wystarczyło dotarzeć do informacji, których przykładem – jednym z wielu – jest relacja z Nysy, w której w dniu zajęcia przez Rosjan przebywało 2 tys. osób, w tym 20 zakonników i 200 zakonnic opiekujących się starcami, chorymi i rannymi:

 

Już podczas pierwszej nocy wiele sióstr i kobiet zostało zgwałconych około pięćdziesięciu razy. Siostry, które opierały się przemocy, zostały po części zastrzelone, a po części doprowadzone w wyniku strasznego maltretowania do stanu fizycznego wyczerpania, który uniemożliwiał dalszy opór.

 

W publikacji „Festung Breslau 1945. Historia i pamięć” pisze Paweł Piotrowski: […] aspekt psychologiczny determinował obronę miasta ze względu na obecność w nim od 80 do 150 tys. cywilów. Po tym, kiedy Niemcy dowiedzieli się, jak Armia Czerwona postępowała na zdobytych ziemiach z ludnością cywilną, wydanie tych tysięcy na jej łaskę, nie mieściło się w umysłach żadnego z Niemców. Breslau stał się w pewnym momencie symbolem oporu przeciwko nawale ze wschodu, udowadniającym, że jeśli obrońcy walczą z determinacją, to ich pokonanie jest niemożliwe”.

Krzysztof Tokarz twierdzi w swoim artykule, że załogę Festung bardzo często stanowili przypadkowi żołnierze, na przykład z rozproszonych jednostek, rekonwalescentów, urlopowiczów, także wyleczonych rannych i rzecz jasna Volkssturmistów.

Warto wobec powyższego przytoczyć opinię Grzegorza Straucholda z cytowanej już publikacji:

 

Czy obok znakomitej wartości bojowej oddziałów SS (samozabezpieczająco dodam, że umiejętność bycia świetnym bojownikiem nie zdejmuje z tej formacji dowodnego zarzutu zbrodniczości) na frontach wrocławskich nie było zwykłego Wehrmachtu, miejscowego Volkssturmu czy oddziałów Hitlerjugend.

 

Te dwie ostatnie formacje były zresztą dość skuteczne w starciach z żołnierzami sowieckimi atakującymi twierdzę. Wszelkiej maści powojenna historiografia, nie tylko polska zresztą, przyzwyczaiła odbiorców patrzeć na te oddziały z politowaniem wskazującym na mizerną wartość bojową dziadków i mocno nieletnich młodzieńców. […] Młodzi obrońcy ojczyzny, nawet jeśli nazistowskiej i najezdniczej w tej wojnie, ale przecież nadal własnej niemieckiej, dawali z siebie wszystko w walkach ulicznych na krótkich dystansach.

 

===========

W opinii autora artykułu nawet niemieccy generałowie i stratedzy przyznają, że po 14 marca 1945 dalsza obrona Festung Breslau nie miała już najmniejszego sensu z punktu widzenia wojskowego.

We wspomnianej publikacji pisze jednak Paweł Piotrowski: Inaczej natomiast postrzegali obronę 'Festung Breslau' Niemcy. […] Rzeczywiście byli przekonani, że obrona miasta wiąże znaczne siły sowieckie, co najmniej trzykrotnie większe od sił obrońców. Pozostawali również w przekonaniu, że sam fakt istnienia tak dużego zgrupowania wojsk nieprzyjacielskich na tyłach sowieckiego frontu, musi wpływać mitygująco na planowania przyszłych operacji. Należy także podkreślić, iż zdecydowaną większość obrońców stanowili Dolnoślązacy często pochodzący z Wrocławia. To dodatkowo wzmagało ich determinację do obrony rodzinnego miasta.

===========

W opinii autora artykułu generał Krause – pierwszy komendant Festung Breslau, jeszcze w 1944 roku apelował o ewakuację cywilów z Breslau, na co nie zgodził się Hanke, który uczynił to tylko dlatego, aby nie podpaść Hitlerowi i właśnie ta tchórzliwość i służalczość gauleitera była wyrokiem śmierci wydanym na jego własnych współobywateli, którzy zginęli w czasie masowej ucieczki w styczniu 1945 roku.

Abstrahując od hipotezy – z punktu widzenia istniejących realiów absurdalnej – że Hanke mógł przeciwstawić się woli Hitlera i że to by mogło zmienić bieg wydarzeń, podkreślić należy – o czym pisze zresztą autor – iż od 1943 roku na Dolny Śląsk przenoszono zakłady przemysłowe i właśnie tutaj migrowała ludność z regionów Rzeszy zagrożonych działaniami wojennymi. Pytanie, dokąd można było ewakuować ludność cywilną w 1944 roku, aby czuła się ona bezpieczniej, pozostaje pytaniem retorycznym.

 

O samej ewakuacji pisze w publikacji Festung Breslau 1945. Historia i pamięć Tomasz Głowiński: Ale warto spokojnie zapytać, czy należy w ogóle podjąć próbę ewakuacji ludności miasta szykującego się do obrony, czy raczej pozostawić w nim cywilów? […] Warszawa krwawiąca w powstaniu 1944 r. zapłaciła za to straszliwą cenę. Na około 50 tys. zabitych powstańców zginęło ponad 200 tys. cywilów. […] W Breslau zginęło 80 tys. cywilów, to straty nie uwzględniające dramatycznej, «zamarzniętej» ewakuacji styczniowej. Gdyby jednak blisko milion ludzi pozostało w Breslau, to sam tylko nalot wielkanocny zabrałby wielokrotność tej liczby.

To nie jedyne przyrównanie do stolicy Polski we wspomnianej publikacji. Warto przytoczyć choćby słowa Krzysztofa Popińskiego: Charakter walk o Wrocław przypominał zdobywanie powstańczej Warszawy. W czasie trwającego od końca lutego nieprzerwanego szturmu, toczono walki o każdą ulicę, kwartał, kondygnację płonących budynków. Swoje rozważania podsumowuje Popiński konstatacją, iż Powstańców Warszawy, traktowanych początkowo przez Niemców jako bandytów, po przyznaniu im w momencie kapitulacji praw kombatanckich spotkał ze strony Niemców lepszy los, niż obrońców Festung Breslau, którzy oddali się w ręce Armii Sowieckiej.

============= 

Na końcu Krzysztof Tokarz konstatuje: Mieszkańcy Breslau w wyniku ustaleń zwycięskich mocarstw musieli opuścić swoje miasto, a na ich miejsce przyjechali Polacy wypędzeni ze swoich domostw: ze Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa czy Wilna.

 

Casus Wrocławia posłużył więc autorowi do pokazania, jak wyglądała wymiana ludności na ziemiach zachodnich. Po lekturze artykułu można odnieść wrażenie, że złożyły się na nią trzy elementy: wygnanie Niemców przez Niemców (styczeń 1945), decyzje Wielkiej Trójki, przybycie Polaków z Kresów na opuszczone tereny.

 

Że schemat to uproszczony, przekonuje choćby fakt, iż według danych z 1947 roku blisko 75% ludności Wrocławia stanowili migranci wewnętrzni, a mieszkańcy Kresów stanowili niewiele ponad 20%.

 

Warto też zwrócić uwagę, że o ile w dniu zakończenia wojny Wrocław zamieszkiwała niewielka część jego przedwojennych obywateli, to w powiatach południowych Dolnego Śląska sytuacja wyglądała zgoła odmiennie – obok rdzennych mieszkańców przebywali tam liczni uciekinierzy ze wschodu i północy.

 

Na całym Śląsku przebywało w dniu zakończenia wojny około miliona Niemców, a drugi milion powrócił do swych dawnych siedzib w maju i czerwcu. Późniejsze opuszczenie stron rodzinnych przez tych ludzi odbywało się na innych zasadach niż w przypadku uciekinierów styczniowych, o czym autor słowem nie wspomniał.

=============

Autor artykułu posłużył się specyficznym słownictwem, mającym podkreślić stawiane przez siebie tezy. Stąd też tytułowe „zamordowanie” miasta, rzecz jasna przez samych Niemców, bo przecież Rosjanie na miasto zrzucają nie tylko bomby, ale i ulotki. Miały one na celu zmiękczenie obrońców i ochronę miasta przed bezsensowną zagładą. Komentarz wydaje się w tym przypadku zbędny.

W klasycznej interpretacji Wilhelma Diltheya istotą nauk humanistycznych jest rozumienie zjawisk. Szkoda, że Krzysztof Tokarz nie postawił sobie za cel, aby cokolwiek z tragicznych wydarzeń 1945 roku zrozumieć. Zamiast tego ograniczył się do publicystyki rodem z PRL-u, z której więcej dowiadujemy się o jego poglądach i emocjach, wiedzy i niewiedzy, niż o rzeczywistości 80 dni oblężenia.

Wszystkim zainteresowanym tematyką twierdzy – w tym Krzysztofowi Tokarzowi – należy polecić lekturę książki „Festung Breslau 1945. Historia i pamięć” (red. Tomasz Głowiński, Wrocław 2009). Choćby po to, aby zastanowić się nad pytaniem postawionym przez Grzegorza Straucholda: […] czy militarne dzieje Niemiec czasów II wojny światowej należy traktować, 'sine ira et studio', jako historię zmagań militarnych. […] Czy też powinienem – trochę jakby wbrew mojemu bardzo osobistemu osądowi – traktować walki obronne III Rzeszy w końcowym okresie wojny nie tylko jako skutek generalny wojny i skutek decyzji nazistów walki do ostatniego człowieka na «spalonej ziemi».

 

 

Ale też jako – w stopniu trudno mierzalnym – skutek autentycznego patriotyzmu niemieckich żołnierzy i ludności cywilnej, którzy bronili swych domów w obliczu najazdu, który samemu – nolens volens – jako Niemcy sprowadzili sobie na głowy.