audio / video | 29.03.2010

Jak zostałem "niemcożercą" - polemiki c.d.

autor: Krzysztof Tokarz

Temat Festung Breslau budzi emocje. Na stronie niemcy-online.pl trwa polemika dwóch naukowców opisujących ostatnie dni niemieckiego Breslau. Najpierw dość emocjonalnie ostatnie miesiące twierdzy opisał Krzysztof Tokarz w tekście Jako zamordowano miasto. Z polemiczną żarliwością na tę publikację zareagował Andrzej Dębski tekstem Festung Breslau - publicystyka, historia. Dziś dalszy ciąg dyskusji. Debata "65 lat po kapitulacji" o ostatnich dniach Breslau jest otwarta również dla czytelników - na teksty polemiczne czekamy pod adresem: niemcy-online@wbz.uni.wroc.pl

========================= 

Po publikacji mojego artykułu "Festung Breslau - jak zamordowano miasto" pojawiła się polemika dr Andrzeja Dębskiego, sformułowana w sposób wymagający mojej odpowiedzi. Przede wszystkim chciałbym podziękować panu doktorowi, że zadał sobie trud odpowiedzi na zawarte w moim tekście tezy.

dr Krzysztof Tokarz (doktor nauk społecznych, niemcoznawca, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej)

 

Chciałbym dodać na marginesie, że to, iż różnimy się w ocenach takiego wydarzenia jak obrona Breslau przez ludzi Hankego, to sprawa oczywista. Uważam przy tym, że to bardzo dobrze, iż nie wszyscy mają jednakowe zdanie.

Mój polemista najwyraźniej chce uchodzić za obrońcę "Niemców" przed "polskimi nacjonalistami". Nie było moją intencją "pokazywanie" jacy to Niemcy są "źli" a Polacy "dobrzy". W tekście też nikt w żadnym wypadku nie oskarża dzisiejszych Niemiec, ani nie obarcza winą za Trzecią Rzeszę.

Mój szacowny interlokutor zarzucił mi, że nie znam liczb odnośnie ludności z kresów wschodnich zasiedlonych we Wrocławiu. Otóż znam. Zasugerował ponadto, że to "problem", iż Wrocław przypadł Polsce.

Aby nie być gołosłowny zacytuję fragment wypowiedzi: Casus Wrocławia posłużył więc autorowi do pokazania, jak wyglądała wymiana ludności na ziemiach zachodnich. Po lekturze artykułu można odnieść wrażenie, że złożyły się na nią trzy elementy: wygnanie Niemców przez Niemców (styczeń 1945), decyzje Wielkiej Trójki, przybycie Polaków z Kresów na opuszczone tereny. W tej sytuacji mogę polecić liczne lektury o decyzji nazistowskich władców Breslau odnośnie wysiedlenia własnej ludności w styczniu 1945 roku. Przecież wszyscy wiemy, jakie decyzje podjęła Wielka Trójka i znamy układ poczdamski. Owszem, ustalenia poczdamskie nie wszystkim się podobają, ale to już zupełnie inna sprawa.

Poza tym, nawet gdyby mieszkańcy Kresów stanowili niewiele ponad 20% ludności osiedlonej we Wrocławiu - czy to odbierałoby prawa do miasta? Demokratyczne Niemcy od dawna nie mają z tym żadnego problemu.

Władze RFN już 20 lat temu podpisały Traktat o granicy. A kanclerz Willy Brandt już w 1970 podpisał dokument, w którym potwierdzał, że Breslau przerodził się w Wrocław.  Żaden niemiecki rząd do dziś nie wnosi najmniejszych roszczeń czy pretensji do tego, że Breslau już nie ma, a jest Wrocław.

Nawet nie wszyscy niemieccy wypędzeni podważają prawo dzisiejszej ludności z polskich kresów do mieszkania we Wrocławiu. Owszem, "wiecznie wczorajsi" czy skrajna prawica typu NPD, kwestionują porządek ustalony przez Wielką Trójkę. Ale to w Niemczech margines.

W polemice do mojego tekstu padł również zarzut, że przedstawiam uproszczony schemat, o czym "przekonuje choćby fakt, iż według danych z 1947 roku blisko 75% ludności Wrocławia stanowili migranci wewnętrzni, a mieszkańcy Kresów stanowili niewiele ponad 20%".

Szkopuł w tym, że w swoim artykule w ogóle nie odnosiłem się do struktury ludności w 1947 roku, ponieważ dla ogólnego stanu rzeczy nie miało to już najmniejszego znaczenia. Breslau przestał istnieć, a rozpoczął na jego gruzach żywot Wrocław. Na szczęście sporo czerpiąc z tradycji swojego niemieckiego protoplasty. Wrocław jest miastem otwartym na wszelkie kultury. Uważam zatem, że nie ma tu powodu do poruszania nacjonalistycznych nut.

Chciałbym jeszcze powrócić do fragmentu polemiki na temat budowy lotniska na placu Grunwaldzkim. Z prawdziwym zainteresowaniem przeczytałem artykuł Alfreda Koniecznego pt. Lotnicze zaopatrzenie Festung Breslau, zresztą zamieszczony w bardzo dobrej książce pt. Festung Breslau 1945. Historia i pamięć.

To moja subiektywna ocena, ale to jedna z najciekawszych prac o tej tematyce. I przyznaję, że oparłem swoje sądy na innych danych. Choć oczywiście akceptuję dane tak szacownych badaczy. Przyznaję też oczywiście, że to Konieczny ma rację, jeżeli chodzi o liczby samolotów dosięgających lotniska na placu Grunwaldzkim.

Jednak odniosę się do ocen jakie zawarł mój polemista. Zwłaszcza jak pisał: zainteresowaniu samego Hitlera budową lotniska. Zainteresowanie budową lotniska Hitlera nie jest niczym nowym ani dziwnym.

W przeciwieństwie jednak do mojego adwersarza, uważam, że te kilka maszyn o których mowa, nie usprawiedliwia w najmniejszym nawet stopniu ceny, jaką zapłacili niemieccy mieszkańcy nadodrzańskiego grodu za szaleństwo lub jak kto woli "zainteresowanie Hitlera".

To zwykli ludzie, kobiety i dzieci z Breslau płacili cenę życia i zdrowia za ten "cudowny pomysł". Nie będę już wspominał o niewolnikach III Rzeszy. Kiedy ta "inwestycja" dobiegała końca, Wehrmacht i Luftwaffe nie były w stanie zaopatrywać w dostatecznym stopniu konającej stolicy Rzeszy, a co tu mówić o Breslau? Tu, aby nie być posądzony o "nieznajomość lektur", wyjaśnię skąd zaczerpnąłem wiedzę na powyższy temat. O tym między innymi pisze historyk Anthony Beevor w książce pt. Upadek Berlina.

Pan Doktor, podpierając się cytatem Grzegorza Straucholda, pisze: Czy obok znakomitej wartości bojowej oddziałów SS (samozabezpieczająco dodam, że umiejętność bycia świetnym bojownikiem nie zdejmuje z tej formacji dowodnego zarzutu zbrodniczości) na frontach wrocławskich nie było zwykłego Wehrmachtu, miejscowego Volkssturmu czy oddziałów Hitlerjugend.

Tu nie będę oryginalny, ale podkreślę fakt, że wartość "bojowa SS" jest negatywnie oceniania w Niemczech. Bo wśród tych "bojowników" z SS byli również i zabójcy niewinnych więźniów z obozu koncentracyjnego w Miłoszycach. Nie trudno zatem domyślić się, że wiedząc  o tym, że popełnili zbrodnie wojenne walczyli do upadłego.

Bali się po prostu odpowiedzialności za swoje niezbyt "bojowe czyny". Asekuracyjnie powiem, że nie wszyscy żołnierze SS to byli zbrodniarze jak ci z KZ w Miłoszycach. Często nie mieli okazji popełnić zbrodni.

Ilu żołnierzy SS odmówiło wykonania zbrodniczych rozkazów, takich jak na przykład egzekucje na Polakach i Żydach? Chyba nie można podać zbyt wielu przykładów. Jeżeli jest inaczej, jestem otwarty na dowody. Znane są sporadyczne wypadki odmowy uczestniczenia w zbrodniach, tyle że akurat niekoniecznie żołnierzy tej "bojowej formacji".

Formacji, która jest mocno kontrowersyjna w Niemczech. Co do bohaterstwa normalnych obrońców, ja nie wnosiłem żadnych zastrzeżeń. W tym punkcie całkowicie zgadzam się z moim polemistą. Oni walczyli o swoje miasto. Często, przecież nie z własnej winy, uwikłani w tragiczną wojenną rzeczywistość.

Nieco pod publikę wydaje się być też uwaga na temat niemieckich kobiet zgwałconych rzekomo masowo w Breslau przez sowieckich żołnierzy. Tu chyba adwersarz posiada jakieś informacje, do których mnie dotrzeć się nie udało.

To jasne, że gwałty na niemieckich kobietach się zdarzały. Ale że po upadku Breslau gwałty Sowietów na niemieckich kobietach odbywały się na masową skalę - o tym nic nie wiadomo. Będę wdzięczny za wskazanie konkretnych danych. Tylko tu chyba nie chodzi o "gdybanie"?

Powołując się na inne przykłady, można zasugerować, że również w Breslau miały miejsce masowe gwałty. Jednak jeśli mój polemista wskaże mi dokumenty, które mówią o masowych gwałtach, ale nie gdzieś w Berlinie, Nysie, czy Prusach Wschodnich, a w Breslau - bowiem w moim tekście była mowa tylko i wyłącznie o tym mieście - będę wdzięczny.

Natomiast bezsporne jest, że informacje o gwałtach były celowo wykorzystywane przez ówczesną nazistowską propagandę. Na to są liczne dowody chociażby w pamiętnikach obu niemieckich duchownych i nazistowskiej prasie Breslau z 1945 roku.  Polecam tu mojemu adwersarzowi aby zapoznał się z takimi książkami jak: Breslau 1945. Wspomnienia z oblężonego miasta, Ernsta Horniga a zwłaszcza Kronikę dni oblężenia, Paula Peikerta. Bo jak widać nie sięgnął po nie, a szkoda.

Według tej interpretacji mieszkańcy modlili się, aby Rosjanie jak najszybciej zajęli twierdzę, bo to zakończyłoby ich bezsensowne cierpienia i niepotrzebne zabijanie ich samych - czytamy w polemice do mojego artykułu o zamordowaniu Breslau. Tu nie chodzi jednak o interpretacje, a o fakty.

Pisząc o tym, oparłem się na wspomnieniach świadków wydarzeń, pamiętnikach uczestników walk o Festung Breslau. Konkretnie odsyłam również do cytowanych wyżej wspomnień Peikerta i Horniga. Bo formułując taką tezę oparłem się na ich doświadczeniach i wypowiedziach.

Mniemam, że polemiczny ton wynikał z tego, że mój adwersarz nie zapoznał się z pracami na ten temat.  Było to stwierdzenie faktów, a nie przypuszczenie. Oczywiście, że byli w ówczesnym Breslau i tacy, którzy z zacietrzewieniem chcieli bronić Adolfa Hitlera czy Hankego. O czym również świadczą liczne relacje.

Ale nawet żołnierze Volksturmu, nie wspominając już o ludności cywilnej, mieli dość bezsensownych walk i śmierci. I nie chodziło bynajmniej o śmierć szturmujących miasto Rosjan. Asekuracyjnie dodam, że to również był wniosek zaczerpnięty ze wspomnień niemieckich obrońców miasta. Z pewnością inaczej wspominali to ówcześni komendanci Ahlfen i Niehoff, ale to chyba nikogo nie powinno specjalnie dziwić.

Jeszcze bardziej zadziwiający jest fragment wypowiedzi w polemice do mojego artykułu dotyczący Hankego i ucieczki niemieckiej ludności. Każdy ma prawo do własnych sądów i ocen. Przypomnę tylko, że nikt w Niemczech, poza skrajną prawicą, nie gloryfikuje postawy Hankego czy Niehoffa.

Oni już dawno zostali tam ocenieni. Poza NPD i skrajnie prawicowymi organizacjami nikt też w Niemczech "nie upiększa" roli wysokich rangą działaczy NSDAP. A stawianie Hankego w roli bezwolnego automatu do wykonywania rozkazów Hitlera jest niepoważne.

W bajki, że ci wysoko postawieni funkcjonariusze nazistowscy "wykonywali tylko rozkazy", już nawet najbardziej naiwni nie wierzą. To dzięki działaczom wyższego i średniego szczebla, ich "usprawnieniom" i własnej inicjatywnie w usługach dla Rzeszy system totalitarny mógł działać i to coraz lepiej. Wymówka wysokich rangą nazistów, że wykonywali tylko rozkazy jest tchórzliwym wykrętem, aby wymknąć się sprawiedliwemu osądowi.

W taki sposób tłumaczyli się nawet komendanci takich obozów koncentracyjnych jak KL Auschwitz. Oni rzekomo też "tylko wykonywali rozkazy". Tu również podeprę się niedawno opublikowaną książką w której znalazły się wspomnienia komendanta obozu oświęcimskiego. Stawianie Hankego w szeregu ze zwykłymi żołnierzami jest, delikatnie rzecz biorąc, mało przekonujące

Co do ucieczki ludności niemieckiej z Breslau w styczniu 1945 roku - mój  polemista przedstawia własną ocenę Hankego i jego postawy: Abstrahując od hipotezy – z punktu widzenia istniejących realiów absurdalnej – że Hanke mógł przeciwstawić się woli Hitlera i że to by mogło zmienić bieg wydarzeń, podkreślić należy – o czym pisze zresztą autor – iż od 1943 roku na Dolny Śląsk przenoszono zakłady przemysłowe i właśnie tutaj migrowała ludność z regionów Rzeszy zagrożonych działaniami wojennymi.

Otóż, ośmielam się podpowiedzieć, że na to rozwiązanie, gdzie i po co, wpadli nawet ówcześni  nazistowscy władcy grodu nad Odrą. Nie ma przecież żadnego sporu w Niemczech co do konieczności ewakuacji. Było tylko pytanie, dlaczego tak późno podjęto decyzję. Ale przypomnę, że ją w końcu podjęto.

W  artykule Festung Breslau - publicystyka, historia - polemika dr Dębski stwierdza, że pytanie, dokąd można było ewakuować ludność cywilną w 1944 roku, aby czuła się ona bezpieczniej, pozostaje pytaniem retorycznym. Ono nie jest retoryczne.

W praktyce znalazło rozwiązanie. Odsyłam znów do lektury - licznych w końcu - publikacji, dokąd byli ewakuowani w styczniu 1945 roku mieszkańcy Breslau. Ja nie jestem wojskowym strategiem, ale opieram sie na wspomnieniach tych, którzy znaleźli się w sytuacji oblężenia nie z własnej woli. Więc pytanie "gdzie?", jest raczej dziwne, bo na nie, wydarzenia historyczne same dały odpowiedź.

Inna sprawa, to ocena czy zostały podjęte we właściwym czasie, czy można było to lepiej zorganizować. Łatwo jest natomiast zrzucać winę za swoje błędy na "złych" Sowietów. Tak też częściowo próbowano tłumaczyć fatalne decyzje  nazistów z Breslau.

Co do porównań z Powstaniem Warszawskim. Ja byłbym tu ostrożny, niektóre porównania są nie na miejscu. Dlatego tym fragmentem polemiki nie będę się zajmował.

Autor artykułu posłużył się specyficznym słownictwem, mającym podkreślić stawiane przez siebie tezy. Stąd też tytułowe „zamordowanie” miasta, rzecz jasna przez samych Niemców, bo przecież Rosjanie na miasto zrzucają nie tylko bomby, ale i ulotki. Miały one na celu zmiękczenie obrońców i ochronę miasta przed bezsensowną zagładą. Komentarz wydaje się w tym przypadku zbędny. To kolejny fragment krytyki mojego tekstu.

Jak rozumiem, Rosjanie nie powinni byli zdobywać miasta i pozostawić je nadal Hankemu i jego partyjnym pomocnikom? Cóż, pewnie kilka osób by się z takiego rozwiązania ucieszyło.

Ale chyba w ówczesnej sytuacji było ono mało realne. Nawet Rosjanie stworzyli nazistom z Breslau wybór, jednak ci z niego nie skorzystali. Nawet wówczas kiedy mieli pełną świadomość, że zniszczą całe miasto po to, by ratować własną skórę. Do Rosjan można mieć wiele pretensji, ale chyba nie o to, że podjęli próbę wyrwania Breslau z rąk wojsk Hitlera?

Istnieje pewien nurt myślowy i polityczny w Niemczech, który jest niezadowolony z tego, że Trzecia Rzesza została pokonana i to nie tylko przez Rosjan, ale jeszcze Amerykanów i Brytyjczyków. Czy to też "źli Rosjanie" ponoszą winę za to, że naziści postanowili sobie jeszcze "porządzić", nie licząc się nie tylko ze zniszczeniami całych dzielnic, ale i śmiercią własnych obywateli?

No cóż, dla jednych być może Hanke i Niehoff to bohaterowie, ale dla innych, to byli sprawcy zamordowania miasta. Do Rosjan można mieć pretensje ale o to, że tak długo nie potrafili zadać szybkiego śmiertelnego ciosu, który paradoksalnie uratowałby nie tylko budynki ale i ludzi. Tu mam na myśli przede wszystkim ludność cywilną ówczesnego Breslau.

Podsumowując, na szczęście Polacy mogą się spierać ze sobą w ocenie niemieckich nazistów, systemu totalitarnego w Breslau. Każdy ma prawo do własnej oceny Hitlera, SS, nazistów typu Hanke czy Niehoff. Dzisiejsza RFN już dawno uporała się z oceną "Breslau", Hankego, Niehoffa czy Hitlera.

Poza skrajną prawicą, NPD czy wiecznie wczorajszymi ziomkami nikt nie neguje układu poczdamskiego, ustalonego przez Wielką Trójkę. Oceny Hitlerowi i jego namiestnikom takim jak Hanke, zostały już dawno wystawione. Nie ma też powodu, aby "bronić Niemcy" przed urojonymi "niemcożercami". A Wrocław jest miastem wielu kultur, w tym niemieckiej, z czego jestem dumny jako jego mieszkaniec.