audio / video | 14.07.2010

Marlene Dietrich - kobieta anioł czy diabeł?

autor: Andrzej Dębski

 

Ikona kina, błękitny anioł i blond Wenus, brawurowa wykonawczyni Lilli Marlene, obywatelka amerykańska, choć gwiazda niemieckiego kina. Apodyktyczna czy chłodna - całą tę skomplikowaną postać w pełnym świetle ujrzymy w książce „Marlene” Angeliki Kuźniak. Dowiemy się przede wszystkim, jak się ma "Dietrich a sprawa polska"


Andrzej Dębski (doktor filmoznawstwa, niemcoznawca)


Marlena Dietrich była jedną z najbardziej znaczących postaci kultury masowej pierwszej połowy XX wieku. Napisano o niej kilkadziesiąt książek. Pomyśleć o kolejnej, to akt dużej odwagi. Zdobyła się nią Angelika Kuźniak, która dobrze wie, iż „pisać warto tylko wtedy, jeśli można powiedzieć na ten temat coś nowego” – tak mawiał jej mistrz Ryszard Kapuściński. Jej nie tylko udało się opowiedzieć coś nowego, ale zrobiła to w formie, która budzi uzasadniony podziw.

Punktem wyjścia rozważań autorki była znaleziona w Deutsche Kinemathek w Berlinie pożółkła kartka papieru w jednym z notesów Dietrich. Pod hasłem „Pologne, Poland” gwiazda kina wypisała pięć nazwisk: Marta Romer, Barbara Kotarska, Margaret Semil, Elizabeth Sieniawska, Cybulski Z. Dla reportera – stwierdza autorka – to wystarczająca zachęta do pracy, powód, żeby zacząć pytać.

Jej pytania oscylują wokół kilku wybranych wątków, zgodnie z twierdzeniem noblisty Pära Lagerkvista, obranym na motto książki: Nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór. Zaintrygowana nazwiskami na pożółkłej kartce, Angelika Kuźniak tropi polskie ślady w życiu gwiazdy, szczegółowo koncentrując się na jej dwu wizytach w naszym kraju w roku 1964 oraz 1966.

Swoje zainteresowanie rozszerza na pierwsze po wojnie tournee Dietrich w Niemczech w 1960 roku oraz okres odosobnienia w paryskim mieszkaniu, które w ciągu 17 lat – do śmierci w 1992 roku – schorowana aktorka i piosenkarka opuściła ledwie kilka razy. Wątki te, uporządkowane chronologicznie, składają się na fascynującą opowieść nie tylko o legendarnej artystce, ale też o niemieckiej pamięci, relacjach polsko-niemieckich, sławie, samotności, śmierci.


"Mit Marleny" zapoczątkowała rola Loli Loli w „Błękitnym Aniele” Josepha von Sternberga (1930). Cylinder, czarne pończochy, obcisłe gorsety i wykonywane ochrypłym głosem pełne dwuznaczności piosenki („Ich bin die fesche Lola” czy „Ich bin von Kopf bis Fuss auf Liebe eingestellt”) uczyniły z niej symbol seksu lat 30.

Po sukcesie filmu Dietrich wyjechała do Hollywood, gdzie dla wytwórni Paramount grała role wampa w kolejnych filmach reżyserowanych przez Sternberga, stając się konkurencją dla „boskiej” Grety Garbo zdobywającej laury w produkcjach MGM.

Kuszona przez reżim nazistowski, który potępiała, konsekwentnie odmawiała powrotu do Niemiec, by jeszcze przed wybuchem wojny – w czerwcu 1939 roku – przyjąć obywatelstwo amerykańskie. Została przez to w Niemczech znienawidzona, a niechęć do niej jeszcze wzrosła, gdy zaangażowała się w pomoc dla żołnierzy alianckich, śpiewając dla nich w radiu i podczas specjalnych rewii.


Jednym z przebojów repertuarowych Dietrich była najsłynniejsza piosenka drugiej wojny światowej „Lili Marleen”, którą – w wykonaniu Lale Anderson – okupacyjna rozgłośnia radiowa Soldatensender Belgrad uczyniła swoim znakiem firmowym. Wpadająca w ucho melodia i melancholijny tekst tej niemieckiej piosenki o miłości znalazły uznanie także po przeciwnej stronie frontu, a słowa szybko przetłumaczone.

Dietrich śpiewała ją zarówno po niemiecku, jak i po angielsku, co traktowała jako swoistą misję – przed jednym z występów w angielskim radiu, w nadziei, że audycja dociera także do niemieckich żołnierzy, wykrzyczała w języku ojczystym: Przecież wojna to gówno! Hitler to idiota!.

Angelika Kuźniak z faktograficzną starannością przypomina dzieje piosenki, wplatając tę opowieść w kontekst tournee gwiazdy po Niemczech w 1960 roku. Skrupulatnie przytaczając relacje prasowe, docierając do świadków wydarzeń i wspomnień artystki, oddaje niemieckie nastroje społeczne czasów powojennych, ukazując skomplikowany stosunek Niemców do własnej historii. Dietrich, nazywana publicznie nawet „zuchwałą dziwką” i „zdrajczynią”, pytana o korzenie, odpowiadała: Niemcy mojego dzieciństwa były inne. […] opuściłam kraj, bo się za niego wstydziłam.

Szczególnie poruszająca w opisie  autorki jest relacja z występu gwiazdy w berlińskim Titania-Palast, gdzie po zaśpiewaniu „Lili Marleen” – odważnie, z dumą, po niemiecku – na sali zapadła głucha cisza, którą przerwał dopiero wstający Willy Brandt, dając przykładem impuls do owacji.


Równie skrupulatnie opisuje Angelika Kuźniak obie wizyty Marleny Dietrich w Polsce. W roku 1964 artystka koncertowała w Warszawie, dwa lata później – w stolicy, Gdańsku i Wrocławiu. Podobnie, jak w poprzedniej partii książki, autorka dociera do wszelkich informacji związanych z tournee – relacji prasowych, dzienników, listów, ludzi.

Przypomina zdarzenia podniosłe i symboliczne, jak złożenie przez artystkę kwiatów pod Pomnikiem Bohaterów Getta, jak też bardziej prozaiczne, m.in. epizod z fotografem, który podczas koncertu rzucił w kierunku gwiazdy jajkami, w zemście za niezapłacone rachunki (Dietrich nie podobały się jego zdjęcia).

Znacząca w relacji reportażystki jest historia piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?” Czesława Niemena, którą Dietrich zakupiła od autora, by dodać do niej własny tekst – jej późniejsza ballada „Mutter, hast du mir vergeben?” była wyrazem głębokiej tęsknoty za Matką-ojczyzną.


Przejmujące są przytoczone przez autorkę listy, pisane przez wielbicieli Dietrich, oddające klimat polsko-niemieckich relacji. W jednym czytamy: Dodawała Pani otuchy sercem i pieśnią, przyjmowaną z tym większą wdzięcznością, że śpiewaną przez Niemkę, która otwarcie przyznawała, że władcy jej kraju postępują tchórzliwie i niegodnie.

Wśród nazwisk, które zaintrygowały Angelikę Kuźniak, znalazło się nazwisko Zbyszka Cybulskiego, stąd tropi ona związki obojga artystów kina z niemal detektywistycznym zacięciem. Poznali się we Wrocławiu, w restauracji hotelu Monopol, w której nakręcono m.in. słynną scenę z kieliszkami do „Popiołu i diamentu” – filmu, który Dietrich uważała za dzieło o wybitnej wartości.


Autorka z wielką dokładnością opisuje spotkanie, wzbogacając relację o korespondencję między artystami, świadczącą o ich wzajemnej fascynacji. Cybulskiego zawiodła ona aż do Paryża… Atrakcyjnie opowiedziany epizod, rozpisany na role grane przez ikony kina polskiego i niemieckiego, urasta nieomal do rangi symbolu w relacjach polsko-niemieckich.


W 1975 roku Marlena Dietrich dała ostatni w życiu koncert. Na scenie w Sydney upadła, po czym na kilka tygodni trafiła do szpitala. Po powrocie zamknęła się w apartamencie w Paryżu, skąd prawie nie wychodziła aż do śmierci. Autorka w ostatniej części książki podejmuje próbę przeniknięcia w jej zamknięty świat, ukazując w sposób przekonujący dramat kobiety starej, schorowanej, samotnej, która – jak określiła córka Dietrich, Maria Riva – nie umiała przyznać, że nie może już znieść tego życia.

Ostatnią wolą artystki było spocząć w rodzinnym Berlinie. Życzenie zostało spełnione, ale nawet po śmierci gwiazda nie znajduje spokoju – jej grób kilkakrotnie dewastowano. Autorka odwiedziła cmentarz w 2008 roku, przy okazji pytając spotkanych ludzi o opinie. Jej relacja pokazuje, że niemiecka pamięć o Marlenie Dietrich wciąż jest podzielona…

Wielką siłą książki Angeliki Kuźniak są rzetelność i drobiazgowość relacji, będące wynikiem ogromnego wysiłku wykonanego przez autorkę. Pracowała nad swoją książką dziewięć lat, z mozołem przekopując się przez archiwa, docierając do polskich i zagranicznych relacji prasowych, dzienników i wspomnień, odnajdując wciąż żyjących ludzi pamiętających minione czasy.

Jej opowieść, którą czyta się „jednym tchem”, z fascynacją, może stanowić również rodzaj przewodnika dla chcących podążać śladami Dietrich. Dowiadujemy się więc, w którym pokoju hotelu Monopol gwiazda mieszkała we Wrocławiu („numer dwieście trzydzieści jeden z widokiem na operę i plac Wolności”), czy w którym dokładnie miejscu została pochowana (cmentarz przy Stubenrauchstrasse, sektor 34, numer grobu 363).

Siłą książki jest także obiektywizm relacji – autorka dociera do informacji poprzez różne źródła, nie wyręczając czytelnika w namyśle nad przedstawionymi faktami. Te zresztą powracają, długo po zamknięciu ostatniej strony.

Grzegorz Kozera napisał w recenzji książki, że Angelika Kuźniak jest pojętną uczennicą mistrzów reportażu, czyli Małgorzaty Szejnert i Ryszarda Kapuścińskiego. W pełni tę opinię podzielam. Autorka napisała książkę piękną i mądrą, godną niezwykłej osoby, jaką była Marlena Dietrich.