audio / video | 01.04.2010

Tu nie chodzi o gdybanie - polemiki c.d.

autor: Joanna Hytrek-Hryciuk

Kolejny polemiczny głos w dyskusji dotyczącej ostatnich miesięcy Festung Breslau. To właśnie teraz mija równo 65 lat od "śmierci" niemiemieckiego miasta, jego zamiany w Twierdzę i jej zdobycia przez wojska radzieckie. Dotychczas na ten temat na niemcy-online.pl emocjonalnie ostatnie miesiące twierdzy opisał Krzysztof Tokarz w tekście Jako zamordowano miasto. Z polemiczną żarliwością na tę publikację zareagował Andrzej Dębski tekstem Festung Breslau - publicystyka, historia. Ad vocem zareagował autor pierwszego tekstu Krzysztof Tokarz polemiką Jak zostałem "niemcożercą". Dziś, poniekąd by uciąć toczący się spór, głos zabiera Joanna Hytrek-Hryciuk z wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowe, która w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego obroniła pracę doktorską pt. Ludność niemiecka a żołnierze Armii Radzieckiej (Czerwonej) na Dolnym Śląsku 1945 – 1948.

Debata "65 lat po kapitulacji" o ostatnich dniach Breslau jest otwarta również dla czytelników - na teksty czekamy pod adresem: niemcy-online@wbz.uni.wroc.pl

===========================

Z rosnącym niepokojem przeczytałam tekst pt.  Jak zostałem niemcożercą – polemiki c.d.. Niepokój ustąpił jednak przerażeniu dla, nazwijmy to nonszalancji dr. Krzysztofa Tokarza, kiedy przeczytałam zdanie o niemieckich kobietach rzekomo masowo gwałconych w Breslau i tłumaczenie autora, iż nie udało mu się dotrzeć do informacji, które podawały by przykłady takich zdarzeń, w związku z czym ocenia je jako pisane „pod publikę”.

Joanna Hytrek-Hryciuk (dr historii, pracownik wrocławskiego oddziału IPN)

Pominę milczeniem warsztat Pana Doktora, ponieważ jestem historykiem i nie wiem, jakimi prawami rządzi się warsztat specjalisty z dziedziny nauk społecznych. Zresztą, jestem raczej skłonna uwierzyć, że do sformułowania tak rażąco nieprawdziwego stwierdzenia skłoniło go uleganie historiografom, którzy jeszcze pięćdziesiąt lat po wojnie uparcie milczeli na ten temat.

Lista wspomnień mieszkanek Breslau, które w Twierdzy przeżyły oblężenie jest dość długa. I chociaż dramat gwałtu to wspomnienie, które często podlega surowej autocenzurze, bywa elementem wspólnym dla pisanych po latach relacji.

Portal internetowy nie jest miejscem do epatowania okrucieństwem ani tym bardziej rozdrapywania ran, które zadano wielu wrocławiankom w pierwszych powojennych miesiącach. Pozwolę sobie więc oszczędzić czytelnikom drastycznych opisów wielokrotnych gwałtów, okaleczeń i innych okrucieństw, których dopuszczali się żołnierze 1 Frontu Ukraińskiego. Tych w literaturze, niestety znajdziemy pod dostatkiem. 

W opozycji do użytego przez dr Tokarza słowa „rzekomo” pozwolę sobie jednak na garść faktów.

Zarówno w źródłach jak i literaturze przedmiotu znajdujemy przerażający obraz sytuacji ludności cywilnej w ostatnich miesiącach wojny, a także już po ogłoszeniu kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Obraz ten nie jest inny dla Budapesztu, Berlina czy dla niemieckiego wówczas Wrocławia.

Człowiek musiał to zobaczyć na własne oczyczytamy we wspomnieniach mieszkańca miasta - jak radziecki żołnierz dzielił się ostatnią kromką chleba z niemieckim dzieckiem, albo radziecki kierowca pomagał staruszce [...], ale musiał również zobaczyć, jak, być może ci sami żołnierze zapuszczali się na cmentarz, pomiędzy groby, żeby tam zaczaić się na idące samotnie kobiety, żeby je przewrócić, obrabować i zgwałcić. Takie rzeczy były na porządku dziennym. To lakoniczne stwierdzenie zawarte na końcu cytatu jest nie tylko przejawem rezygnacji autora wspomnień, ale również suchym komentarzem do wydarzeń, jakie towarzyszyły zajęciu miasta.

Niewątpliwie, większość kobiet, która nie opuściła Twierdzy, wiedziała, jaki los może je czekać. W styczniu 1945 r. dramatyczny dylemat opisywała jedna z mieszkanek Sępolna:

Mama jest przeciwna ucieczce. Wie, że nie ma siły na pieszy marsz w lodowatym zimnie. Margot i ja boimy się co może spotkać młodą kobietę, gdy miasto zajmą sowieccy żołnierze. Już w maju, ta sama wrocławianka wspominała: Przychodzą podstępnie i mówiąc: <Kamerad otwórz. Pić woda> próbują znaleźć sposób na otwarcie drzwi. [...] naturalnie interesują się tylko Margot i mną.

W innej relacji czytamy, iż większość  kobiet, które w Twierdzy przeżyły oblężenie była w tragicznym stanie – wychudzona, brudna, zaniedbana  i często w podartych ubraniach - jednak i tak padała ofiarą żołnierzy. Według wspomnień najbardziej niebezpieczne były grupy wojskowych, które dysponowały samochodami i wywoziły kobiety w nieznane, niekiedy na długie tygodnie.Ruski podbił także wszystkie kobiety. Z rozkazu Stalina, miał twierdzić jeden z czerwonoarmistów.

Na podstawie relacji możemy przyjąć, że rozpiętość wieku ofiar żołnierzy była bardzo duża. Żołnierze dopuszczali się przemocy wobec kobiet zaawansowanych wiekiem, ale już np. zaledwie trzynaście lat miała ofiara gwałtu na Oporowie. R. O. Becker podaje także przykład zgwałcenia jedenastolatki. 

[O sytuacji niemieckich kobiet powstał w 2008 roku film - Kobieta w Berlinie

 

 

Wrocławianki próbowały chować się przed agresją ze strony żołnierzy w domowych schowkach, szafach, piwnicach, na dachach czy spędzając letnie noce na terenach ogródków działkowych. Ten sposób często okazywał się jednak zawodny.

Było pewne - czytamy we wspomnieniach -  że tak długo, jak długo była noc, ciemność przeszywały krzyki kobiet, a strach był wszechobecny. Matka nie mogła obronić córki i odwrotnie. Skutkiem przemocy wobec kobiet było „szukanie sobie opiekuna”, najczęściej oficera, który mógł chronić nie tylko kobietę z którą mieszkał ale i innych domowników.

H.W. Gleiss przytacza również dość ponurą anegdotę, w której to jedna wrocławianka radziła drugiej, aby córka odpowiadała zaczepiającym ją żołnierzom, iż choruje na syfilis. Niestety, żołnierze często odkrzykiwali: Nitschewo! Ja też mam!.

Ofiary gwałtów, świadome nie tylko możliwości zajścia w niechcianą ciążę, ale również zarażenia się chorobą weneryczną pomocy medycznej szukały m.in. w szpitalu „Wszystkich Świętych” przy dzisiejszym Placu 1-go Maja. Według wspomnień, rankiem, przed kliniką formowała się długa kolejka. Stojące w niej kobiety rozmawiały tylko o tym „ile razy i gdzie”.

Fatalne położenie kobiet próbował poprawić pastor Joachim Konrad, jeden z dwóch najwyższych przedstawicieli kościoła ewangelickiego w mieście. Jednak na jego skargę komendant wojenny miasta płk. Liapunow dziarsko odpowiedział: „Żołnierz to żołnierz”. 

Postępowanie czerwonoarmistów nie było bowiem tajemnicą nawet dla najwyższych wojskowych władz radzieckich, które niekiedy podejmowały próbę walki z postępującą w szeregach żołnierzy swobodą i plagą chorób wenerycznych. Na niewiele się to jednak zdało. Gdy lekarka 1. Batalionu Strzeleckiego dr Łanina prowadziła z żołnierzami rozmowy na temat ich postępowania, żołnierze odpowiadali: Przyjemnie jest widzieć kiedy <<choroszeńkaja Frau>> płacze Ci na rękach.

Niektórzy próbowali racjonalizować zachowanie Rosjan tłumacząc sobie, że te zachowania, to nie akty wrogości, tylko wyraz radości ze zwycięstwa mężczyzn, którzy przez trzy miesiące ciężko walczyli o miasto. Jednak ten „okres radości” bardzo się wydłużył. Jeszcze w grudniu 1945 r. czterej żołnierze zgwałcili i ciężko ranili mieszkankę Wrocławia. Rosjanie zostali ujęci i przekazani prokuraturze wojskowej.

Informacje o pojedynczych gwałtach na niemieckich mieszkankach Wrocławia przytaczają we wspomnieniach również polscy osadnicy, którzy przyjechali do stolicy Dolnego Śląska w II połowie 1945 r.

Z jednym niewątpliwie należy zgodzić się z dr Tokarzem. Gwałty i w ogóle zachowanie się żołnierzy Armii Czerwonej na zajętych terenach Niemiec były elementem chętnie wykorzystywanym przez niemiecką propagandę. Starannie pielęgnowany niemiecki strach przed bolszewizmem miał zwiększyć wysiłek narodu na rzecz prowadzonej „wojny totalnej”. Ale propagandowy wysiłek podjęty przez polityków i urzędników szokująco konkludował mieszkaniec Wrocławia: Kiedy Rosjanie weszli do miasta było dużo gorzej niż się człowiek po całej tej propagandzie spodziewał.

Moją polemikę z tekstem dr Krzysztofa Tokarza powinnam zacząć od próby zdefiniowania użytego przez niego określenia  o „masowych gwałtach”. Na podstawie lektury wspomnień i relacji, moim zdaniem, w przypadku Wrocławia możemy mówić zjawisku na skalę masową, zdaję sobie jednak sprawę, że w takiej sytuacji powinno się przywołać dane liczbowe.

Niestety jak na razie nie dysponujemy żadnymi cyframi, które obrazowałyby skalę przemocy wobec kobiet we Wrocławiu. Możemy jednak przypuszczać, że skala zjawiska nie odbiegała od innych niemieckich miast czy regionów. K. F. Grau obliczył, że na 4 199 dolnośląskich gmin przypadki zgwałcenia kobiet miały miejsce w 2 626 z nich. Łącznie szacuje się, że na terenach na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej ofiarą gwałtu padła co druga kobieta.

[Wykorzystane w tekście cytaty pochodzą z: Dokumentation der Vertreibung der Deutschen aus Ost-Mitteleuropa, Bd.I/1, I/2: Die Vertreibung der deutschen Bevölkerung aus den Gebieten östlich Oder - Neisse, Bonn 1953; Waage U., Bleib übrig. Aus den Tagebuchaufzeichnungen in der Festung Breslau und der Nachkriegszeit von Januar 1945 bis April 1947, Halle 2004; Becker R., Niederschlesien 1945. Die Flucht - Die Besetzung, Landeshut 1990.]