edukacja | 04.03.2013

Herr/Frau Doktor Plagiat.

autor: Administrator

 

Annette Schavan, niemiecka minister oświaty i badań naukowych w wywiadzie prasowym dla Sueddeutsche Zeitung skomentowała plagiat swojego rządowego kolegi, ministra obrony Karla-Theodora zu Guttenberga: Guttenbergowi odebrano tytuł naukowy, uznano błędy zarówno w samej pracy, jak i przy jej ocenie i wyciągnięto z tego odpowiednie wnioski. Dodała: wstydzę się [za niego przyp T.S.] i to nie tylko w ukryciu. Był marzec 2011. Dwa lata później mogłaby powiedzieć to samo... o sobie. Kto następny?


Tomasz Sikora redakcja niemcy-online

Na koktajlach (zwanych dziś eventami), na których dziś spotykają się niemieccy politycy z tamtejszą śmietanką naukową i gospodarczą, popularne stało się pytanie "wer noch?" Tego pytania nie trzeba dopełniać. Pada zabarwione przekąsem i bojaźnią jednocześnie. Bo internet poczuł krew, nomen omen ministra obrony, i cały 2012 rok szukał kolejnych ofiar do rozszarpania. Z sukcesem.

Karl-Theodor zu Guttenberg był pierwszy. Ambitna praca „Konstytucja i traktat konstytucyjny” została opublikowana w 2009 roku. Rok później pewien prawnik w tym zestawieniu ustrojów Stanów Zjednoczonych i Wspólnoty Europejskiej dostrzega przedruki swoich prac. Nawet jest szczęśliwy, że ważny minister, być może przyszły kanclerz posiłkuje się jego pracą. Brak jednak oznaczeń cytowań.


Sprawa w erze internetu rozniosła się z szybkością błyskawicy. Wujek Google pomógł przeczesać sieć. W lutym 2011 powstała strona GuttenPlag. Tu wskazano najpierw ukradzione fragmenty w pracy ówczesnego ministra obrony. Około 1000 wolontariuszy znalazło 1218 fragmentów skopiowanych ze 135 źródeł, na 371 z 393 stron, łącznie 63% pracy Guttenberg "zapomniał" opisać cytatami. 16 lutego 2011 sprawę podchwyciła poważna „Süddeutsche Zeitung”, publikując fragmenty przepisane bez podania źródła. Przez dwa tygodnie niemieckie media żyły głównie tą sprawą. 

W końcu minister się przyznał, choć półgębkiem (że rodzina, że nocami, że dzieci małe na głowę wchodziły, że sam głowy nie miał), ale dymisję złożył. Odebrano mu tytuł, a on sam zaszył się ponoć gdzieś w rodzinnej posiadłości. Druga wersja mówi, że głównie rezyduje w Stanach Zjednoczonych. Obie wersje są zgodne, co do jednego: ponoć teraz intensywnie pracuje nad nowym doktoratem. Przydomek, jaki nadała mu prasa, Karl-Theodor zu Googleberg, może jednak zostać na zawsze. Tak czy inaczej, teraz pamięta o zaznaczeniu cytatów. 

Ale lawiny już nikt nie zatrzyma. Jest połowa 2012 roku. W doktoracie Silvany Koch-Mehrin, zastępczyni Jerzego Buzka w europarlamencie, na prawie 80 stronach tekstu wskazano ponad 120 fragmentów, które zakwalifikowano jako plagiaty. Dynamicznie rozwijająca się kariera polityczna w FDP gwałtownie się zatrzymała

Nie zatrzymuje się naukowe polowanie w Internecie. PlagiPedi proponuje już  sprawdzenie ponad 200 prac doktorskich: na indeks trafia dr Helmut Kohl (w "naukowym życiu" politolog), dr Angela Merkel (chemiczka) i większość obecnych polityków niemieckich dysponujących tytułami naukowymi. Nie oszczędza też nikt świata biznesu - 93 anonimowych detektywów bada od września 2012 pracę szefa Deutsche Banku dr Josefa Ackermanna. Ponoć z sukcesem.

Poważne choć na razie nie udowodnione do końca podejrzenia padają kolejno na obecną niemiecką minister rodziny dr Kristinę Schröder (że wykorzystywała prace podwładnych), deputowanego dr. Daniela Volka, dr. Stefana Lieblinga szefa Energie Baden-Württemberg AG, a także Austriaków - dr Johannesa Hahna, od 2010 komisarza Unii Europejskiej ds. polityki regionalnej i magistra Martina Ehrenhausera austriackiego eurodeputowanego. 

W 2012 roku powstają kolejne portale poświęcone kolejnym "podejrzanym". Niektóre śledzą głównie polityków, inne sprawdzają naukowców, albo biznesmenów. Kto się kryje za "anonimowymi wolontariuszami"? Tego nie wiadomo. Media mają kontakt z kimś, kto kryje się pod nickiem "Dr Martin Klicken".

Stał się nieformalnym rzecznikiem śledzących, bo to on reaguje na zapytania płynące z mediów. Na co dzień jest ponoć inżynierem chemikiem zatrudnionym jako adiunkt na jednej z uczelni północnych Niemiec. Nie ujawnia personaliów, bo, jak tłumaczy, chce robić karierę naukową, a śledzenie plagiatów przełożonych nie jest dobrze widziane w środowisku.


Największy "sukces" 2012 roku to udowodnienie plagiatu "przełożonej najwyższej". Wspomniana we wstępie Annette Schavan, to federalna minister edukacji i badań naukowych, w politycznym sensie najważniejsza osoba dla niemieckiej nauki. Najpierw były następujące po sobie sygnały anonimowych internautów, że jej „Człowiek i sumienie – studium na temat przesłanek, konieczności i wymagań kształtowania sumienia w dzisiejszych czasach" pełne jest zapożyczeń bez podania źródła.

W końcu rzeczoznawca z Uniwersytetu w Duesseldorfie, stwierdził, że rozpoznać można „charakterystyczny obraz wystąpienia plagiatu”. Pada też zarzut o „wyraźny zamiar oszustwa”. Internauci na schavanplag.wordpress.com badają każdą stronę dysertacji. Analiza eksperta uniwersyteckiego jest mniej restrykcyjna, ale i potwierdza "ponad wszelką wątpliwość" zastrzeżenia do 60 stron z liczącej 361 stron pracy.


Schavan najpierw się denerwuje, potem zapewnia, że to nieprawdziwe pomówienia. Ale jak za pomówienie uznać decyzję gremium uniwersyteckiego odbierającego tytuł naukowy? Po dwumiesięcznym "ostrzale" opozycji podaje się do dymisji. Nie mogło być inaczej - osoba odpowiadająca twarzą za poziom niemieckiej nauki okazała się naukowym oszustem.


W tej chwili przestało być aktualne pytanie: "czy ktoś jeszcze?". Teraz pytanie stawiane na politycznych salonach brzmi: "kiedy kolejny". Internet i wyszukiwarki dają możliwości nieskończenie lepsze niż narzędzia, którymi dysponowano w 1980 roku, gdy Schavan pisała swoją dysertację. Programy antyplagiatowe i zawziętość anonimowych internautów sprawiają, że w tym wypadku doprowadzono do paradoksu.

Tutaj zasada lex retro non agit nie obowiązuje. Coraz więcej prac, które do tej pory kurzyły się w archiwach uniwersyteckich jest dygitalizowane i trafia do naukowego korpusu. Coś co kiedyś zależało wyłącznie od erudycji promotora i recenzentów, teraz w ciągu kilku sekund dokonuje "Dr Google". Możliwości znalezienia plagiatu w pracach kolejnych osób ze świecznika z dnia na dzień się powiększają. Ci, którzy mają nieczyste sumienie śpią coraz gorzej. I tu trend się nie odwróci.


Jedna z niemieckich stacji radiowych w programie porannym podszywała się po nieistniejące "Biuro Kontroli Plagiatów" i dzwoniło do prominentnych polityków. Na chybił trafił. Na ogół po reakcjach z drugiej strony słuchawki można było odnieść wrażenie, że "trafił", rozmówcom wcale nie było do śmiechu. Zaczynali się gęsto tłumaczyć, a żartownisie musieli w popłochu przerywać wynurzenia, by harce radiowe nie stały się politycznym sepuku rozmówcy. Według łowców plagiatów 1/3 niemieckich doktoratów jest niewiarygodna.


Co mogą zrobić politycy? Nic. Czekać tylko na wyrok anonimowego internetowego sądu. Skazujący - oznacza w przypadku osób publicznych załamanie kariery. We współczesnym świecie, gdzie tytuł szlachecki nie ma znaczenia, jedynym respektowanym tytułem staje się ten naukowy. Oszustwo udowodnione na tym polu jest jak dawne odebranie szlachectwa i pozbawienie zdolności honorowej. Król staje się nagi.


Karl-Theodor zu Guttenberg ma nowe zajęcie. Znalazł je w Brukseli. Będzie doradcą Komisji Europejskiej ds. wolności w internecie.