edukacja | 30.01.2014

Schkola to szkoła?

autor: Administrator
altSchkola - podejrzanie wygląda już ten wyraz. Niby „szkoła” ale zapisane pod podejrzanie. Bo „Schkola” to swoiste połączenie trzech wyrazów niczym trzech światów. Niemieckiej „Schule”, polskiej „szkoły” i czeskiego „škola”.
 
Tomasz Sikora
 
Znajduje się ten „twór” trochę w Niemczech, trochę w Czechach i nieco w Polsce. Podstawę niezwykłego ponadgranicznego projektu tworzy wolny związek, jak mawiają urzędnicy, „placówek oświatowych” ulokowanych w Euroregionie Nysa. Poszczególne szkoły w trzech państwach przyłączały się dobrowolnie. „Die Schkola GmbH” jest organizacją nadrzędną wspierająca poszczególne szkoły po trzech stronach granicy. Przygotowuje materiały edukacyjne, szkoli nauczycieli, dba o wymianę dzieciaków. Bo pomysł jest w sumie prosty: by na zderzeniu trzech krajów do „zderzeń” nie dochodziło. By dzieci od najmłodszych lat mimo różnic kulturowych i językowych sąsiadów się nie bały, a rozumiały różnice i co najważniejsze „siebie wzajemnie”.
 
W regionie nadgranicznym polskie dzieci w ramach projektu „schkola” uczą się niemieckiego i czeskiego, młodzi Niemcy poznają język Szwejka i Dyzmy, a Czesi Goethego i Mickiewicza. Poznają też kulturę i obyczaje sąsiadów. Europergion Nysa wie - turystycznym cudem nie jest, węgiel wydobywany w worku Turoszowskim i jego odpowiednikach po czeskiej i niemieckiej stronie się skończy, szansą na przyszłość jest dobra nadgraniczna lokalizacja. Słabością - niezbyt duża gęstość zaludnienia. To sprawia, na przykład, że Goerlitz choć piękne, to puste. Dla wszystkich jest jasne: tylko fakt, że dobrze wykształcona młodzież pozostanie w euroregionie może sprawić, że region będzie się gospodarczo rozwijał. Ale równomierny rozwój musi następować po trzech stronach wspólnej granicy. 
 
"Guten Morgen, die Karten bitte." Krótko przed 10 rano, wielki cyrkowy namiot jest już prawie wypełniony. Światło przygaszone i rozproszone, kula dyskotekowa rzuca błyski na arenę. Przed namiotem wisi transparent: „Schkola ma już 10 lat”. Przez kilka tygodni, a ostatnio całymi dniami, uczniowie przygotowywali się do jubileuszu. Przygotowania to na przykład dyskutowanie nad programem. Rozmowy toczyły się po polsku, czesku i niemiecku. To języki równoważne. Angielskiego nie używano, bo po co, skoro wszyscy się wzajemnie rozumieją. To, że teraz w programie artyści będą wymiennie posługiwać się trzema językami jest tu normalne - tłumaczy mi Birgit Deckwart.

Uczniowie poznają dzieci z sąsiednich państw już na etapie przedszkola. Wtedy nie ma jeszcze efektu stresu poznawczego. Z równą ciekawością, niechęcią podchodzi się do kolegi, który sepleni jak do kolegi, który mówi innym językiem. To normalne, dzieci w naturalny sposób starają się siebie zrozumieć. 
 
Przychodzi im to genialnie łatwo. Potem w szkole jest już całkiem naturalne, że tam obok kilka kilometrów dalej mieszka kolega, który mówi trochę inaczej i ma inne zwyczaje. Dzieci czują, że większe różnice mentalne są między ludźmi mieszkającymi na wsi i w mieście niż między Polakiem i Czechem w naszym regionie. Nie jest dla nas istotne uczenie języka sąsiada. To się w ogóle na tym wczesnym etapie nie liczy. To nawet byłby błąd, bo dawałby wrażenie, że języka trzeba się uczyć. Nam zależy, by dzieci „przy okazji” poznawały obcy język i kulturę. 
 
Wyjaśnia mocno rozemocjonowana Deckwart. Język jest narzędziem komunikacyjnym, nauczyciele Schkoli wychodzą z założenia, że jeśli dzieci są w stanie przekazać swoje emocje, prośby to jest to wystarczający poziom znajomości języka. Czasem można więc uznać, że dla przedszkolaka wystarczy 5 słów by „mówiło w języku obcym”. To wystarczy w relacji do jego kompetencji komunikacyjnych.alt
 
Znacznie istotniejsze od nauki słówek jest to, ze dzieci wykonują wspólnie zadania, że próbują współpracować, że z sukcesem kończą poszczególne projekty. Jeśli zaufasz człowiekowi przy wykonywaniu niebezpiecznego zadania na cyrkowej arenie, to naprawdę język przestaje być w ogóle problemem. Tu sprawdza się znakomicie jedno z podstawowych obserwacji językoznawstwa - język niesie zaledwie 30% komunikacji, 70% to mimika, gesty i kontekst sytuacyjny.

Deckwart przedstawia się jako „Lernbegleiterin” - „asystentka procesu uczenia” - bo tak nazywani są pedagodzy w Schkole. O określeniu „nauczyciele” nie chcą nawet słyszeć. Bo  wychowawcy mają towarzyszyć w procesie uczenia się, a nie nauczać. To kolejne prawo procesu uczenia, które tu znajduje realizację - samodzielne uczenie jest o 350%! skuteczniejsze od nauczania. Po co się mądrzyć przed uczniami zabijając jednocześnie ich ciekawość świata, jeśli dzieci same z siebie nauczą się z ciekawości wszystkiego 3,5 raza szybciej? - pyta retorycznie Deckwart i znika w namiocie.

"Kurtyna w górę, arena jest wolna,, spektakl się rozpoczyna. In fünf, vier, drei, zwei, eins, los!"

Ośmiu jeszcze nawet nie nastoletnich akrobatów prezentuje swoje umiejętności na arenie, budują z ciał piramidę, podnoszą się wzajemnie do góry, ochoczo oklaskiwani przez dumnych rodziców, dziadków, przyjaciół i personel Schkoli. Poszczególne grupy mieszają się, na scenie jednocześnie są dzieci z Polski, Czech i Niemiec, jest klaun, jest żonglerka, są magicy. 
 
W tym gronie na swoją kolej czeka ośmioletnia Natalie z Ostritz koło Żytawy. Pytana o znajomość polskiego natychmiast rusza do wyliczanki liczebników prezentując nienaganny! akcent. Liczyć nauczył ją kolega z przedszkola. Bo to tak śmiesznie brzmiało jak się w chowanego bawiliśmy, tak szeleściło, a teraz już umiem. Bez problemu porozumiewa się z polskimi rówieśnikami. „Sąsiedztwo i język” tak nazywa się przedmiot, który w swoim planie lekcji mają uczniowie we wszystkich trzech krajach.
 
Po niemieckiej stronie w Schkoli partycypuje 5 zespołów szkół, w Czechach trzy, w Polsce ostatnio tylko jedna, bo nasz system edukacyjny jest sztywny i nie bardzo pozwala na takie innowacje. A system działa nieźle od prawie 20 lat. Miesięcznie rodzice za dziecko muszą zapłacić 60 euro, bo Schkola to niepubliczna inicjatywa i dostaje ograniczone subwencje budżetowe od rządu niemieckiego. 
 
Podstawówki, gimnazja, szkoły zawodowe i technika - takie szkoły uczestniczą w programie, choć najwięcej sukcesu osiągają podstawówki, tu wszystko przebiega naturalnie, potem uczniowie są bardziej interesowni, cwani i „wypaczeni przez błędy tradycyjnego systemu edukacyjnego”. Między szkołami polsko-czesko-niemieckiego trójkąta dochodzi do ciągłej wymiany młodzieży. Na zasadzie nowy projekt = nowa wymiana. Niektórzy uczniowie od razu zapisywani są do szkoły w innym kraju. Tak jest na przykład z małym Samuelem z Polski, który od razu trafił do niemieckiej szkoły. Czasem brakuje mu słowa, ale sprawnie używa omowni, gestu, pomogą niemieccy koledzy. Gdy mówi - nie słychać polskiego akcentu. W polszczyźnie nie ma oczywiście naleciałości niemieckich. Sytuacja idealna z lingwistycznego punktu widzenia.

Jest super, wspólnie się bawimy, gramy w nogę, nie mam żadnych problemów, tu mam przyjaciół na całe życie - mówi górnolotnie 9latek. Po czym ma swój wielki występ - przeprowadza przez arenę biało-brazowego źrebaka i pokazuje swoje panowanie nad zwierzęciem zdobywając spory aplauz. Po pokazie zdradza - koń niemiecki a moich polskich zaklęć słucha. 
 
Zaklęcia działają w samej Schkole - że projekt działa świadczy fakt, ze we wszystkich krajach jest więcej chętnych do zapisania dzieci niż wolnych miejsc. Na jedno miejsce przypada średnio 3 chętnych - puchnie z dumy szefowa przedsięwzięcia Ute Wunderlich. 
 
alt
Nasz pomysł pedagogiczny to żadna z popularnych w Niemczech Montessori- czy Waldorf-Schule. Pomysł edukacyjny znaleźliśmy sami, korzystając przede wszystkim z tego znakomitego położenia na styku trzech kultur. Czerpiemy z naszego trójkąta jak z rogu obfitości, wokół niego aranżując projekty i sytuacje. Szkoły faktycznie pracują na żywo - licząc się z podstawą programową - ale upychając ją w tygodniowych projektach. Czasem uczniowie maja więcej zajęć, czasem mniej. Brzmi to niewiarygodnie ale rodzicom to odpowiada, bo dzieci nawet jeśli się nie uczą to mają zawsze zajęcia przy projektach edukacyjnych. Korzystamy z pomysłów edukacyjnych alternatywnych szkół niemieckich, ale wykorzystujemy też ciekawe pomysły Polaków i Czechów. Czesi mają świetne idee na zajęcia sportowe, Polacy matematyczne.  Istotna jest zmiana, liczy się proces. Czujemy, że dopóki dokądś gnamy nasze dzieci maja frajdę. 
 
W tym roku we wrześniu znów będzie szansa na wynajęcie namiotu na imprezę. Wypada 20 rocznica założenia pierwszej placówki Schkoli. Choć tym razem w namiocie obok dzieci mają spotkać się metodycy nauczania by poznać znakomity innowacyjny pomysł edukacyjny z polsko-niemiecko-czeskiej granicy.