gospodarka | 17.03.2014

Ucieczka z miasta. Cz. 2.

autor: Administrator

altMagistraty niemieckich miast w latach 80. zorientowały się, że następuje swoisty proces urbanizacyjnej pauperyzacji. Bogatsi obywatele uciekają z aglomeracji na obrzeża zabierając ze sobą podatki, a na ich miejscu albo pozostaje pustka (miasta się wyludniają) albo następuje tzw. „uboga wymiana” - do miast sprowadzają się ci, którzy zamiast płacić podatki, będą żyć na garnuszku opieki społecznej. Rozumiejąc skutki takiej wymiany - pusta miejska kasa, ergo: upadek miast - postanowiono działać przeciwstawiając się „exodusowi bogaczy”. 

 

 

Tomasz Sikora

 

 

Z badań przedstawionych w opisanej tutaj analizie szwajcarskiego socjologa Luciusa Buckhardta wynikało jasno: ludzie uciekają z miasta z powodu a) hałasu, b) kurzu/zanieczyszczenia powietrza/braku zieleni, c) zmęczenia cywilizacyjnego, d) brak miejsc spacerowych, e) Lebensraum - brak przestrzeni życiowej, dużego zagęszczenia ludności, f) wyższej przestępczości, g) trudności wychowawczych, pokus czyhających na dzieci, h) gorszej jakości produktów spożywczych i ich drożyzny.

 

Jak zatem od lat 90. niemieckie miasta przeciwstawiają się tej tendencji: 

 

A) HAŁAS

 

Od dużych, rewolucyjnych decyzji - wyprowadzenia aut z centrów miast (wysokie opłaty parkingowe, odcięcie wjazdu do stref uspokojonego ruchu, poszerzanie Fusgaengerzonen - stref ruchu pieszego), przez zmniejszenie prędkości samochodów w miastach - w latach dwutysięcznych do 50km/h, dziś wiele miast wprowadza na całym terenie prędkość maksymalną 30km/h. Jeśli w centrach buduje się nowe drogi to albo pod ziemią, albo estakadami ponad miastem. To tak zwana niemiecka rewolucja samochodowa. Ale chodzi też o drobniejsze kwestie, które ograniczają hałaśliwość miast - ot choćby tak drobna kwestia: szklane butelki można wyrzucać tylko przez kilka godzin w ciągu doby, kluby i bary muszą zamykać swoje zewnętrzne ogródki po 22, każdy może zrobić prywatkę z grillem jedynie dwa razy w roku etc. 

 

 

B) KURZ, ZANIECZYSZCZENIA MIAST/BRAK ZIELENI.

 

Niemieckie miasta w ciągu ostatnich 15 lat wydatki związane z utrzymaniem czystości podwoiły. Choć są przykłady, gdzie trzeba było te wydatki przycinać - to mający problemy z wypłacalnością Berlin. Ale nawet stolica Niemiec zdaje sobie sprawę, że jest sposób, by kurz w miastach ograniczyć - to ogólnoniemiecki projekt Zielonych Miast. Bo drzewa i zieleń to najprostszy sposób by ograniczyć miejski smog.

 

Jedno drzewo poprzez odprowadzanie wody do atmosfery, wiąże cząsteczki kurzu, a przy okazji chłodzi okolicę tak jak 10 klimatyzatorów. Drzewa aż 80% energii wykorzystują na proces transpiracji, czyli wyparowywanie wody przez liście. W upalny dzień, gdy temperatura powietrza wynosi 32 stopnie Celsiusza, asfalt rozgrzewa się do 52C, beton 43C, odkryty trawnik ma 35C, a teren pod drzewem 28C.

 

Poza tym, jeśli ludzie uciekający z miast narzekają na brak zieleni, to... należy im ją dać. Popularne jest w Niemczech zwężanie ulic (tzw. antyzatoki, przystanki wiedeńskie, wąskie pasy jezdni sprawiają też naturalne zmniejszenie prędkości, a więc spowalniają ruch), dobudowywanie dróg rowerowych i... zmniejszanie liczby miejsc parkingowych. Gdy parkowanie staje się udręką, ludzie wolą do pracy przyjechać rowerem albo komunikacją zbiorową. To zmniejsza liczbę aut (ograniczenie zanieczyszczenia powietrza, hałasu) a jednocześnie zabrane miejsca parkingowe zamienia się w kwietniki lub sadzi drzewa. Nieco dalej opiszemy ten pomysł szerzej.

 

Dzięki tej procedurze jakość powietrza w berlińskim Kreuzbergu poprawiła się o 47%. I władze miasta dostają do ręki argument - po co przeprowadzać się pod miasto, jeśli równie zielono jest w centrum. Niektóre miasta z „walki o zielone” uczyniły filozofię.

 

Oto Hamburg. Drugie co do wielkości miasto Niemiec. Miasto 4 lata temu ruszyło z programem „Zielona Sieć”. Już teraz aż 40% terenu tego północnoniemieckiego miasta to zieleń (dla porównania: Berlin 30%, Warszawa 16%, Wrocław 11%). Aby jeszcze lepiej wykorzystać potencjał, tkwiący w tych obszarach władze miasta postanowiły wszystkie je połączyć w jedną sieć. Parki, skwery, cmentarze, ogrody, tereny rekreacyjne są spinane układem dróg pieszych i rowerowych tak, aby przez całe miasto, od przedmieść do samego centrum można było poruszać się tylko po terenach zielonych. O całym programie - wraz z mapami można poczytać tutaj.

 

Nie chodzi tylko o proste „zazielenienie okolicy” i wstrzymanie exodusu obywateli do suburbiów. To też inwestycja w obywateli, a pośrednio w miejski budżet. Chodzi o to, by przesadzić ludzi z samochodów do komunikacji publicznej, a najlepiej na rowery, lub zamienić w przechodniów. Hamburg wyliczył bowiem, że 1 euro wydane na „poruszenie obywatela” warte jest aż 434 euro, które trzeba będzie wydać, jeśli obywateli „się nie ruszy”. Nie ma nigdzie na świecie możliwości zrobienia lepszego biznesu. 1 euro daje miastu i społeczności aż 43400% zysku!

 

Poprawa kondycji obywateli to ich lepsze samopoczucie, mniej kłopotów zdrowotnych, a więc mniej zwolnień lekarskich, mniej hospitalizacji, większa wydajność w pracy przekładającej się na podatki, niższe koszty funkcjonowania miasta (mniej samochodów, dziurawych ulic, zanieczyszczenia), a nawet takie czynniki jak stabilniejsze życie rodzinne (człowiek rozruszany i dotleniony jest... „mniej awanturujący się”).

 

Realizacja tego projektu odbywa się kosztem samochodów: na poczet "zielonej sieci" likwidowane są szerokie jezdnie i betonowe parkingi, poprawiany system transportu publicznego, tworzone są rozwiązania, mające zachęcić do rezygnacji z przejeżdżania do centrum autem. Dzięki rozwojowi "zielonej sieci" Hamburg nie tylko stanie się jednym z najbardziej zielonych miast świata, nie tylko będzie przyjazny mieszkańcom, ale skutecznie zmniejszy się też zanieczyszczenie powietrza na jego terenie. Bo nastąpi zmniejszenie liczby samochodów, a licznie nasadzone drzewa i krzewy skutecznie obniżą stężenie dwutlenku węgla w powietrzu.

 

Berlin - stolica Niemiec. Tam gdzie większość miast ma rynek, berlińczycy mają Tiergarten, wielki park, który kiedyś służył za tereny łowieckie. Do dziś można tam spotkać, vis a vis Bramy Brandenburskiej dziko żyjące króliki i bażanty. Do tego każda dzielnica stolicy Niemiec dysponuje własnym parkiem. Przyrodę uzupełniają liczne kanały Szprewy i Haweli. Co oznacza, że 7% powierzchni Berlina stanowi woda, 18% las, kolejne 12% tereny rekreacyjne i parki, 4% to tereny rolnicze. Tutaj chwali się Berlin. Na argument potencjalnego uciekiniera pod miasto, magistrat Berlina odpowiada - ależ masz w centrum stolicy las a w nim bażanty!.

 

Inny pomysł to wspomniana zamiana co dziesiątego miejsca parkingowego na drzewo. Tak zazieleniło się śródmieście Kolonii, Kilonii i Berlina. Co 10 miejsce po obu stronach ulicy zostało rozebrane, zasypane ziemią, obwiedzione płotem a w jego centrum pojawiło się drzewo. Tak zmieniły się nie tylko podwórka wewnętrzne niemieckich śródmieść - o to dbają mieszkańcy - ale też ulice miasta.

 

altFakt, pogorszyło to możliwości parkingowe, ale w niemieckich miastach, dzięki zabiegom opisanym powyżej, z roku na rok ubywa samochodów. Ludziom wystarcza transport miejski. Inaczej jest w Polsce, gdzie z roku na rok rośnie liczba aut w miastach, notując poziomy nieznane w Bundesrepublice. We Wrocławiu na 1000 mieszkańców mamy zarejestrowanych 560 aut. Dla porównania Berlin ma 319 aut na 1000 mieszkańców, Lipsk  (wielkości Wrocławia) 368, Hannover 369, Drezno 391, Kolonia 426, nawet najsilniejsze motoryzacyjnie niemieckie miasto - Bochum - ma 506 aut na 1000 mieszkańców.

 

Krytycy miejskich władz w polskich miastach wskazują często, że wzrost liczby samochodów to objaw niewydolnej i wolnej komunikacji miejskiej, podporządkowania miasta ruchowi samochodowemu. Samochodów przybywa także w Warszawie, Poznaniu i Krakowie. Najwięcej aut jest w Warszawie - na 1000 mieszkańców 600. To oznacza, że po stolicy Polski jeździ dwa razy więcej samochodów, niż pod stolicy naszego zachodniego sąsiada. Poznań to 580 aut, Wrocław 560, Katowice, gdzie średnia pensja jest w Polsce najwyższa, są dopiero na 5. miescu jeśli chodzi o liczbę samochodów na 1000 mieszkańców. Ale to dlatego, że GOP jest dobrze skomunikowany i tam samochód nie jest "niezbędny do życia".

 

C) ZMĘCZENIE CYWILIZACYJNE

 

Owe 30 km/h - wprowadzana w niemieckich miastach prętkość jazdy samochodem - budzi czasem wątpliwości a nawet protesty mieszkańców, bo samochody jadąc wolniej, więcej czasu „spędzają” w mieście zanieczyszczając powietrze. Na to jednak odpowiedzą było wprowadzenie norm ekologicznych - dziś do centrów niemieckich miast wjechać mogą tylko samochody pozostawiające nikły „ślad ekologiczny” wyposażone w filtry cząstek stałych, silniki hybrydowe, lub napędzane elektrycznie.

 

Poza tym zauważono, że prędkość 30km/h to tak zwana „najwyższa możliwa prędkość ludzka”. Argumentowano, wskazując spostrzeżenia antropologów, że sprinterzy biegają do 36km/h, więc mózg ludzki każdą prędkość wyższą odczuwa jako nienaturalną, co powoduje nawet nieuświadomiony niepokój i w dłuższej perspektywie zmęczenie psychiczne. W dodatku wyliczono, że przejazd przez miasto z prędkością 30 na godzinę na odcinku 10 kilometrów wydłuża czas jazdy ledwo o 6 minut. Zmniejsza się liczba wypadków, ruch jest płynniejszy, a równa praca silnika sprawia, że jazda jest ekonomiczniejsza.

 

Niemcy wciąż jednak narzekają na nowe ograniczenie zwane „Tempo 30KMH”, w wielu miastach odbywają się protesty, a kierowcy zjednoczeni pod skrzydłami Żółtych Aniołów ADAC grożą blokadami miast, jeśli magistraty nie wycofają się z tej rewolucji. Brak miejsc spacerowych - poza wspomnianymi procesami „zazieleniania centrów miast” niezwykle istotne ma być poprawienie dostępności terenów rekreacyjnych i zielonych dla mieszkańców centrów miast. Jednym z powodów budowy kolejowego tunelu przez centrum Lipska (tu pisaliśmy o tym szerzej) miał być fakt, że dzięki niemu mieszkańcy stolicy łatwiej będą mogli skorzystać z podmiejskich terenów zielonych. I tak się dzieje. W rynku Lipska wystarczy wsiąść w kursujący co 15 minut pociąg i w ciągu 7 minut jesteśmy na podmiejskich terenach zielonych.

 

altLipsk to wschodnioniemiecki prymus walki o mieszkańców. To jedyne miasto byłego NRD, które rokrocznie zwiększa liczbę obywateli, zwłaszcza młodych, nierzadko ściągających tu z zachodu Niemiec i osiedlających się tutaj po studiach. Na skalę światową znany jest przykład rekultywacji miejskich terenów, które w czasach socjalistycznych były kopalną odkrywkową Cospuden. Kopalnia odkrywkowa w 1990 roku przekroczyła miejskie rogatki Lipska, ale na skutek kryzysu gospodarczego związanego ze zmianą systemu politycznego i protestów lipszczan kopalnie najpierw zatrzymano a potem zamknięto. Dziś teren zrewitalizowano i coś co było największym zagrożeniem Lipska w latach 80. dziś jest jego największa atrakcją. 15 minut samochodem od rynku rozpościera się największe europejskie sztuczne pojezierze. Sporo tu tras spacerowych, trekingowych, rowerowych, można wynająć jacht czy motorówkę. A wszystko w granicach Lipska.  

 

D) LEBENSRAUM

 

Większość burmistrzów dużych miast niemieckich mieszka w kamienicach położonych w centrach. W latach 90. część z nich wskazywała w czasie kampanii wyborczych, że burmistrzem nie może zostać ktoś, kto mieszka poza miastem, bo nie będzie rozumiał problemów i specyfiki życia miejskiego. Klaus Wowereit, burmistrz Berlina, mieszka na przykład na 3. piętrze mieszkania w XIX wiecznej kamienicy położonej przy Kurfürstendamm, najważniejszej handlowej ulicy stolicy Niemiec.

 

Wowereit po przeprowadzce z obrzeży tłumaczył, że tylko tak, na własnej skórze przekona się jak żyje się jego wyborcom. Po kilku miesiącach (a było to w 2003 roku) stwierdził, że dotychczas jeździł sporo samochodem teraz przesiadł się na komunikację miejską. Wowereit słucha jednak socjologów i antropologów, którzy tłumaczą, że z jednej strony ludzie są „stadni”, z drugiej potrzebują swojej przestrzeni życiowej. Na dłuższą metę tłok nas męczy.

 

Berlin od 1990 roku rewitalizuje stare wschodnie osiedla z wielkiej płyty. Wieżowce z wielkiej płyty przechodzą termomodernizację, zmieniają się ich fasady na nowocześniejsze, architekci dbają, by coraz mniej przypominały „pudełka dla ludzi”, „mrówkowce” jak je pogardliwie nazywano w NRD. Ale też nie ma innej możliwości. Berlin jako pierwszy doświadczył „ucieczki ludności”.

 

Kto żyw w ostatniej dekadzie XX wieku uciekał ze wschodniej części do zachodniej lub w ogóle na zachód kraju. Na klatkach schodowych spółdzielni mieszkaniowych wschodniego Berlina pojawiły się prośby zarządców nieruchomości - „jeśli porzucasz mieszkanie, zostaw w oknach firanki”. To co w dzień dało się ukryć firankami, wkeczorem objawiało się z całą mocą. Całe kwartały bloków stały ciemne, nieoświetlone, nie paliło się światło w ani jednym mieszkaniu. Teraz jest nieco lepiej.

 

Mieszkanie w bloku Berlina wschodniego kosztuje 1/3 tego, co trzeba by zapłacić we Wrocławiu, i 1/4 cen warszawskich. Bloki zmodernizowano, wypruto instalacje kanalizacyjne, elektryczne, wodne, połączono mieszkania wyburzając ściany. Teraz przeciętne mieszkanie w wielkiej płycie w Berlinie ma 75m2. W 1986 roku było to 49m2. A są mieszkania nawet 200 metrowe, dwukondygnacyjne. I jest nimi zainteresowanie. Władze miasta i zarządcy nieruchomości wychodzą z założenia, że nawet jeśli mieszkanie zostanie oddane „preferencyjnie”, to potem wpływy z opłat i podatki zostawiane w mieście „zrównoważą tę inwestycję w mieszkańca”. 

 

E) GORSZA JAKOŚĆ PRODUKTÓW SPOŻYWCZYCH

 

altNiemcy mają fioła na punkcie ekologii. Chcą być światowym prymusem, jeśli chodzi o wykorzystanie Odnawialnych Źródeł Energii. Ta ich ekologiczna fiksacja objawia się też na gruncie spożywczym. Każdy sklep ma swój mały dział z produktami ekologicznymi, a w hipermarketach, obecnie nawet 40% towaru to tak zwane „Eko-Produkte”. Duże miasta zabiegają o to, by w ich centrach pojawiały się sklepy wyspecjalizowane w handlu zdrową żywnością, najlepiej przedstawicielstwa dużych niemieckich sieci ekologicznych typu Bioland. To spółdzielnia producencka zrzeszająca ekologicznych wytwórców niemieckiej żywności. Miasta oferują sieci Bioland prestiżowe lokalizacje w centrach, obniżają czynsz do poziomów symbolicznych, by móc powiedzieć swoim obywatelom, oto w centrum metropolii dostaniecie produkty zdrowsze niż w wiejskim sklepie. Bo produkty przebadane, certyfikowane, diabelnie drogie, ale za jakość „jajka prosto od wiejskiej grzebiącej w ziemi kury”, niemiecki mieszczuch jest w stanie zapłacić nawet 1 euro od sztuki. 

 

I zostanie w mieście, bo miasto zwolniło, wypiękniało, stało się spokojniejsze, jest mniej aut, ale dzięki komunikacji miejskiej podróżuje się wygodnie i szybko, mieszkania są większe, a okolica z roku na rok coraz bardziej zielona. Czy polskie miasta pójdą tą drogą?