kultura | 18.02.2019

Alko-Deutschland

autor: Tomasz Sikora
Alko-Deutschland
Co szóste dziecko w Niemczech mieszka w rodzinie, w której co najmniej jedno z rodziców jest uzależnione od alkoholu, leków lub narkotyków. Według szacunków ekspertów, liczba niezgłoszonych przypadków jest znacznie wyższa i możliwe, że problem dotyczy co czwartej niemieckiej rodziny.
Dajmy jej na imię Julia. Normalna, przeciętna zdawałoby się rodzina niemiecka. Oboje rodzice bez przeszłości kryminalnej, czy konfliktów z prawem, średniej wielkości mieszkanie na obrzeżach Hannoweru. Policja czy opieka społeczna nic nie wiedziała o domowych problemach. Te zostawały w czterech ścianach, bo też sąsiedzi cenili prywatność. Nie tyle własną, co nie chcieli się wtrącać w sprawy rodzinne małego dziecka. "Zanim przyszłam na świat, moja matka była już nałogowym palaczem, alkoholikiem i narkomanem", mówi. Prawdopodobnie te używki miały duży wpływ na przebieg ciąży. Lekarze powiedzieli jej, że prawdopodobnie urodziła się z objawami zespołu alkoholowego. "Alkohol uszkadzał jej mózg od pierwszego tygodnia do narodzin", ocenia pediatra Hans-Ludwig Spohr z Berlina. Julia wie z opowieści, że jako małe dziecko dwie trzecie pierwszych dwóch lat życia spędziła w szpitalach. Szczęśliwie tego czasu nie pamięta.

Julia opowiada, że nie chodzi tylko o uzależnienie mamy, ale o poczucie winy, które matka jej wdrukowywała właściwie od pierwszego momentu, który jako dziecko zapamiętała. "Właściwie pierwsze moje wspomnienie z dzieciństwa to zdanie mojej matki, która mówi do mnie, że bez sensu mnie urodziła. Zaszła w ciążę przypadkowo i nie była w stanie dotrzeć na aborcję. A nie była w stanie, bo tkwiła w ciągu alkoholowym. Alkoholowi zawdzięczam więc i to że żyję, i to, że życie było koszmarem". Ale wtedy, gdy mama tak do mnie mówiła, nie rozumiałam jeszcze, że jest uzależniona. To przyszło później, w wieku 11-12 lat. "Zresztą niewiele to zmieniło - bo winiłam siebie za alkohol mamy. Matka zawsze mówiła, że to ja jestem winna, że ona pije. Piła ponoć dlatego, że musiała mnie urodzić, a potem już alkohol został jej najlepszym przyjacielem. Na całe życie. Czułam się więc jakoś za nią odpowiedzialna, winna i robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby uczynić ją szczęśliwą. By odpokutować winę własnego urodzenia. Zadałam sobie pytanie, jak mogę ją uratować. Zawsze chciałam wyrwać matkę z nałogu".

A tata? To odrębna historia tego samego równania, którego mianownikiem jest koszmar w czterech ścianach. Nie był uzależniony, mówi Julia - ale bardzo agresywny: "Mój ojciec brał tylko lekarstwa i czasem pił alkohol. Ale zawsze, kiedy to się działo.... wtedy groziła nam śmierć". Lał i patrzył czy równo puchnie. My, to była Julia i jej brat. "Ojciec czasami dawał mi do picia lekarstwo... krople w stylu Amolu. Żeby mnie uleczyć i uspokoić, bo jego zdaniem byłam zbyt ruchliwa i nadpobudliwa. Poił mnie tym spirytusem z ziołami. Myślałam, że umieram".

Sytuacja w domu zmusiła ją do szybkiego dorastania i niezależności. Julia wspomina: "Musiałam umieć gotować od 8 roku życia. Sąsiadki mnie chwaliły, jaka jestem zaradna. Dziś mam do nich żal, bo jeśli to dostrzegały, to musiały wiedzieć, w jakim koszmarze, na co dzień z bratem dorastamy. Moja mama w pewnym momencie nie była w stanie pracować. Z tego co pamiętam, gotować dla wszystkich i sprzątać dom zaczęłam w wieku pięciu lat. Stawiałam krzesło przy kuchence i tak gotowałam. Co było trudne, często się przypalało albo było niejadalne. Ale, do diabła, miałam kilka lat!". Skąd pieniądze? Z zasiłku później, najpierw z pracy, bo rodzice jeszcze pracowali. "Normalna" rodzina. 

Państwo niemieckie dawało na życie, nie sprawdzało jak to życie wygląda, bo nikt się nie skarżył. Kilka lat później kolejne wspomnienie. Miała około siedmiu lat - matka wysłała ją po swoje zakupy. Miała przynieść papierosy i różowe wino. Opowiada, że butelki po drodze pękły, siniaki miała przez trzy tygodnie. Sąsiedzi pytali co się stalo, mówił,a że upadła, bo nie chciała wydać mamy. Sąsiedzi uwierzyli. Albo chcieli uwierzyć. Ważne, by się nie mieszać - to była naczelna zasada dobrosąsiedzkich stosunków.

Kilka lat później matka wysłała ją po lekarstwa. Bo do alkoholu z czasem dołączyły nie tylko narkotyki, ale uzależnienie od medycznych opiatów. Julia mówi mi, że próbowała porozmawiać o wszystkim z lekarzami i farmaceutami, gdy odbierała leki. Chciała powiedzieć im, że w domu nie dzieje się dobrze... Jedyne co uzyskała, to większe recepty na leki dla "mamusi, bo ewidentnie bardzo ich potrzebuje:. Jeden z lekarzy zasugerował, że jeśli bardzo się stresuje, to sama jest na tyle duża, że też może wziąć tabletki uspokajające. Te słabsze. Tylko nie przesadź - rzucił na odchodne..." - wspomina dziś Julia.

"My nie byliśmy patologiczną rodziną w takim "filmowym" znaczeniu. Mama była księgową, w pracy nikt nie wiedział o naszych problemach. Mama brała nawet pracę do domu... dlatego byłam najlepsza z matematyki w szkole". Kiedy Julia była mała matka brała pracę do domu i pokazywała, co robi. Potem przynosił dalej pracę do domu, ale po to bym ja tę pracę wykonwała. Jako 12 latka prowadziłam księgowość całkiem dużej firmy. Nikt się nie zorientował, mimo, że na pewno były tam błędy. "Byłam jej nadzorcą, dzień i noc".

Julia usamodzielniła się, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość. Dziś nie ma kontaktu z rodzicami, przeniosła się jak najdalej od rodziny. Kiedy zdała sobie sprawę, że nie zapomni koszmaru dzieciństwa, poszła na terapię. Trwała wiele lat. Sama nigdy się nie paliła, nie zażywała narkotyków, co najwyżej wypiła lampkę szampana. Jest z siebie dumna.

Dziś jest już po czterdziestce, ale nadal ma poczucie, że w tkwi w niej ta mała Julia, która jest bardzo przestraszona, krzyczy i błaga o pomoc. Zaangażowała się w wolontariat, by swoje koszmarne doświadczenia przekuć w dobro - pracuje z dziećmi w Tuebingen i stara się dać im to, czego nigdy nie miała: miłość, uczucie i kogoś, na kim mogą polegać. Przeszłości prawdopodobnie nigdy się nie pozbędzie, mówi. Nawet gdyby sobie tego życzyła.

"Uzależnienie rodziców jest jednym z najważniejszych zagrożeń dla zdrowego rozwoju dzieci i młodzieży w Niemczech", wynika z raportu medycznego Marlene Mortler (CSU), komisarz ds. narkotyków w rządzie w Berlinie. "Skupiamy się na pomocy imigrantom, uchodźcom, rodzinom tureckim, polskim. Mamy wrażenie, że "niemiecka rodzina" to albo rodzina zdrowa, albo taka, której problemy są niczym wobec tego, z czym się spotykają się te wskazane mniejszości. To rozumienie błędne" - mówi mi Mortler. "Tymczasem konsekwencje dla dzieci mogą być bardzo głębokie, bo oprócz przemocy fizycznej mogą również powodować problemy psychologiczne. Tego nie jesteśmy juz w stanie w jakikolwiek sposób dostrzec czy diagnozowac społecznie".

"Aufwind" - grupa dla dzieci uzależnionych rodziców

Przykładem takich nielicznych inicjatyw pomocowych jest Aufwind, grupa dla dzieci z "uzależnionych rodzin" w Radolfzell nad jeziorem Bodeńskim. Daniel jest jednym z dzieci, które spotykają się tam raz w tygodniu. Jego ojciec był alkoholikiem. Zapił się na śmierć. Daniel miał 10 lat, kiedy pierwszy raz odwiedził Aufwind. "Moja matka też była <dręczona> przez mojego ojca, ja, moja mała siostra, moi trzej bracia. No cóż, były tam naprawdę złe sytuacje". Grupa w Radolfzell daje mu dziś wsparcie, miłość, uczucia.
Podobnie jak w przypadku Daniela alkohol jest problemem dla wielu rodzin. Uzależnienie rodziców - w większości przypadków uzależnienie od alkoholu - jest jedną z "najlepiej strzeżonych tajemnic rodzinnych", twierdzi Marlene Mortler. W raporcie przygotowanym na jej zlecenie czytam:

9,5 mln osób w Niemczech spożywa alkohol w nadmiarze. Średnio dziesięć litrów czystego alkoholu wypija rocznie mieszkaniec Niemiec. Do tych statystyk wlicza się wszystkich, więc faktyczna konsumpcja jest wyższa.  Około 1,3 mln osób uważa się za uzależnione od alkoholu. Tylko ok. 10% z nich jest poddawanych terapii - często zbyt późno po 10-15 latach uzależnienia.

"Niemcy to kraj o wysokim spożyciu alkoholu" - potwierdza Raphael Gaßmann, dyrektor zarządzający niemiecką centralą ds. uzależnień. Na tle innych krajów, w tym Polski, Niemcy mają bardzo niskie ceny napojów alkoholowych, które są też szeroko dostępne. Nie tylko łatwo go kupić ale i wypić. Picie w miejscach publicznych w innych krajach niewyobrażalne u nas w pełni akceptowane - mówi specjalista. By tak było, dba bardzo silne lobby - wszystko to tworzy "przyjazną dla alkoholu atmosferę".


o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

kultura

"Wygląda jak gówno..."

kultura

Berlinale 2019!

kultura

Weihnachtsmarkt po polsku

kultura

Halloween w Niemczech

kultura

Publikacja bez precedensu!

kultura

Straubing - miasto "hitlerowskich" krasnali

kultura

Niemcy w fałszywym zwierciadle

kultura

Nyskie ryby na trójstyku

kultura

Pasta i basta!

kultura

Co daliśmy światu najlepszego? Druk - odpowiedzieli.