społeczeństwo | 21.08.2018

Berliński mur 2.0

autor: Tomasz Sikora
W tym jesteśmy od Niemców lepsi, choć nie wiadomo, czy to faktyczny powód do dumy. Zamknięte, strzeżone osiedla w polskich miastach to codzienność. W Niemczech nowość, za którą trzeba słono płacić.

 

Central Park Residence (materiały firmowe)Radom, Wrocław, Kielce, Warszawa - wszędzie, w dużych i średnich miastach powstają osiedla, gdzie wejść można tylko na zaproszenie, całą dobę urzędują strażnicy z firm ochroniarskich, a budynki od "reszty świata" odgradza wysoki płot, albo nawet mur.

Socjolodzy biją na alarm mówiąc o rozpadzie więzi społecznych, mieszkańcy sobie chwalą poczucie iluzorycznego bezpieczeństwa. Deweloperzy mówią - dziś strażnik dla wielu jest ważniejszy niż kuchnia - je się na mieście, a wraca do domu późno. Dobrze wiedzieć, że o nasz spokojny sen dba facet pod bronią. (Nawet jeśli ma jako broń telefon komórkowy i do tego pierwszą grupę inwalidzką).

Ludzie są skłonni zapłacić za dom w "strzeżonym osiedlu" więcej. Dużo więcej.

Niemcy właśnie zaczynają dochodzić do podobnych wniosków. Pojawia się szeroko opisywana w prasie nowa struktura budownictwa - z angielska nazywane Gated Communitys. To osiedla, ale powstają też w dużych miastach specjalne strzeżone wieżowce, z portierami, którzy pełnią jednocześnie rolę bodyguardów. Polak powie: żadna nowość; w Niemczech to ostatnio hight light.

Lipsk, miasto gdzie zaczęła się niemiecka rewolucja 1989 roku. To tu organizowano poniedziałkowe manifestacje, to tu modlono się w słynnym bachowskim kościele o zmiany, to tu krzyczano, że Niemcy są jednym narodem. To stąd poszedł impuls, który ostatecznie spowodował, że mur berliński runął. Tak było 25 lat temu.

Lipsk dziś - to tu powstała druga pod względem wielkości w Niemczech Gated Community. Central Park Residence. Położony jest - jak nazwa sugeruje - centralnie, w otoczeniu secesyjnych willi i parku im. Clary Zetkin. Obszar 120000 m2 wypełniają trzy potężne rezydencje, i zielone skwerki z obowiązkową fontanną i wodospadem. Wszystko otoczone wysokim murem. Kamery, trochę jak te na wieżyczkach wartowniczych wzdłuż wschodnio-zachodniej granicy 25 i więcej lat temu, teraz obserwują sytuację za murem. Każdy intruz, każde naruszenie przestrzeni przy murze jest rejestrowane, a sygnał idzie do centrali. Patrol pojawi się w oka mgnieniu. 

Nie wylegitymuje, ale każdy podejrzany ruch zostanie zgłoszony policji. Stasi byłaby z tego Sicherheitsdienst dumna. Jak możemy przeczytać na prospektach reklamowych: gdy kupisz u nas mieszkanie, nie będziesz musiał radzić się policji, jak zabezpieczyć dom przed intruzami. My mamy technikę, o jakiej stróżom prawa nawet się nie śniło.  56 mieszkań sprzedano na pniu. Tanio nie poszły - cena metra kwadratowego od 3700 do 4500 euro. Kolejne domy za płotem są planowane.

Lipsk zajmuje miejsce drugie na liście Gated Communities. W Lipsku niemieckie obalanie muru się zaczęło. Skończyło, jak wiadomo, 9 listopada 1989 roku w Berlinie. Zatem tam się przenieśmy. Choć może lepiej do pobliskiego Poczdamu. Stolica Brandenburgii zamieniła się właściwie w sypialnię dla berlińskich bogaczy: Cisza, spokój, w dali widać, zależnie od położenia rezydencji, albo Sanssouci albo Zamek Babelsberg. Wokół przyroda, sporo drzew, łabędzie i żaglówki pływające po licznych jeziorach pojezierza berlińskiego. Klimat trochę jak z Milanówka, czy Podkowy Leśnej koło Warszawy. Tylko ceny nie te i standard też wyższy.

Dwupiętrowy apartament z Poczdamu: 39 okien na 270 metrach kwadratowych sprawia, że mieszkanie tonie w świetle. Na dolnym piętrze i w holu wiszą oryginalne grafiki Dalego i jeden Picasso. Deweloper zapewnia też wyposażenie. W standardzie antyczne biurko z 1748, prawdopodobnie z zasobów napoleońskich generałów. Wyjdźmy jednak z tego mieszkania i rozejrzyjmy się po okolicy. Okolica nazywa się Osiedle Arkadyjskie (Arkadien-Siedlung). To pierwsza niemiecka "Gated Community". Najważniejszy z medialnego punktu widzenia jest mur. Po jego "osiedlowej stronie" czuć oddech wielkiego świata - mieszkają bogaci biznesmeni z paszportami od RPA po Islandię i Chin po USA. Po tamtej stronie - widać tylko czubki "ich" głów nad murem. To podążają do pracy i z pracy zwykli poczdamczycy. Nieciekawi. Dlatego też za mur do Arkadii raczej się nie dostaną.

Tu bogaci są między sobą. Wejście do raju strzeże niczym w zakonie furtian - w rzeczywistości to strażnik, który ma listę mieszkańców i ich gości. Nie podasz kodu, nie wejdziesz do raju. A raju strzegą fotokomórki, czytniki głosu, kod na linie papilarne i co sobie tylko firma ochroniarska wymarzy. Raczej na pokaz, taki rodzaj gadżetowego bezpieczeństwa, którego zazdrości Arkadii nawet policja. Kamery leniwie przesuwają się za tymi, którzy choć zbliżą się do płotu. Płot wybudowano zresztą metr od granicy działki, bo oficjalnie nie wolno w Niemczech filmować przestrzeni publicznej. Podchodzisz pod płot, wkraczasz na teren prywatny, zostaniesz nagrany.

Bo w całym biznesie nie o tego Picassa chodzi, nie o kamery i strażnika-furtiana. Chodzi o uczucie bezpieczeństwa, obrony przed nie wiadomo jakim wrogiem, który połakomiłby się na kruche nowobogackie życie. To "bezpieczeństwo" i jego pragnienie sprawia, że za płot do Arkadii ciągną właściciele co zasobniejszych portfeli z 3 milionowej stolicy.Oczywiście tłumaczenia całkiem racjonalne: wyjeżdżamy w biznesie na dłużej, teraz bez strachu, że nas ograbią. Mendy się nie panoszą, brudu nie ma. Turków też nie ma - tego na głos nikt nie powie, choć wielu w zaciszu swych, skąpanym w świetle mieszkań, pomyśli.

Taka arkadyjska przystań kosztuje. 7500 euro za metr kwadratowy. Przeliczmy - to około 30 tysięcy złotych. Dużo to czy mało? Może i dużo, ale największy powstający apartamentowiec w Polsce - SkyTower we Wrocławiu za podobne ceny oferuje metry kwadratowe. I symptomatyczne: na dole też stoi oryginalna rzeźba Dalego. Jeden ze słynnych zegarów. Może to cyniczne zagranie? - byś pamiętał bogaczu: czas ucieka i nie żałuj, że nabyłeś metr kwadratowy najdrożej w Polsce.

Poczdamska Arkadia mimo kryzysu pęka w szwach. Wszystkie 67 rajskich apartamentów wyprzedano na pniu. Tylko położona centralnie, opływająca złotem i technologią willa jeszcze jest do wzięcia. Ale trzeba też sporo "wyjąć" - 9,8 mln euro. Nawet był kupiec - hollywoodzka gwiazda - opowiada Uwe Peter Braun, zarządca Arkadii. Uwe prosi, by nawet w żartach nie nazywać go bogiem, choć skojarzenie nasuwa się samo. A gwiazda ostatecznie nie kupiła, bo nie było w pobliżu lądowiska helikopterów. Także inni mieszkańcy byli raczej przeciwni. Część mówiła, że hałas, część, że gwiazda na pewno kułaby w oczy bogactwem. No tak - w Arkadii na to pozwolić sobie nie można.

Handel bezpieczeństwem - dosłownie eksplodował w wielu niemieckich miastach. Nie wszędzie powstają od razu takie duże Gated Communitys. CzasemCarlif (materiały developera) to parę domów - tylko jeden element niezmienny - naprawdę potężny płot. W berlińskiej dzielnicy teatrów - Prenzlauer Berg powstały właśnie ekskluzywne "Prenzlauer Gärten". Miejskie kamieniczki w angielskim stylu wykupiono na pniu. Także apartamenty w położonym po sąsiedzku "Parkpalais" wszystkie znalazły swoich amatorów, właściwie jeszcze na etapie dziury w ziemi. Także na Kreuzbergu, dzielnicy kultury alternatywnej, tej, gdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jeździły polskie panki, by odetchnąć wolnością i zakrzyknąć odświeżająco: anarchia!, także i tam lepiej zarabiający stawiają swoje domki skryte za naprawdę grubymi murami.

W  "Carloft" przy Reichenberger Straße mieszkańcy biorą swoje auta, dzięki towarowej windzie bezpośrednio do domu. W okolicy, gdzie w tym roku spłonęło sporo wypasionych limuzyn, to może być ważny argument przy sprzedaży. I jest też ta zaleta, że alterglobalistyczne protesty można na żywo z okien loftów oglądać i im gorąco kibicować. Wiadomo, w żyłach pokolenia 68', teraz bardzo bogatego, wciąż płynie rewolucyjna krew. 

Jeśli już o alterglobalistach mowa. Jak pisze Der Spiegel w swoim raporcie, sprzedaż apartamentów w Carlofcie idzie średnio. Na razie 7 z 11 się sprzedało. To okoliczni sąsiedzi apartamentowca protestują. I wredni są i w środkach nie przebierają. Nawet demonstrację pod oknami zorganizowali, a hasło raczej mało pacyfistyczne mieli: "Carlofts zur Ruine machen!", w wolnym tłumaczeniu, by to coś, ten cały tutejszy loft z ziemią zrównać. I nie tylko w Kreuzbergu wznosi się bunt przeciw epatującym kasą i murami.

Politycy niemieccy są prozaiczni. Lewica wydała klarowny komunikat, że grodzenie nie uchodzi i że to najgorsza forma tak zwanego Gentrifizierung, czyli gentryfikacji. To termin zapożyczony z amerykańskiej socjologii urbanistycznej, gdzie używano go na oznaczenie rehabilitacji obszarów w centrach miast, z których zamożniejsi Amerykanie uciekali na tereny podmiejskie w obawie przed rosnącym zagrożeniem przestępczością, problemami rasowymi i niewygodą życia w centrum dla rodzin. Teraz w Berlinie raczej mamy do czynienia z procesem odwrotnym, dlatego zdaniem lewaków to najgorszy rodzaj gentryfikacji. Do komunikatu lewicy, ulica podchodzi z entuzjazmem i nieskrywanym poparciem - w kierunku nowo budowanych luksusów za murem lecą worki wypełnione farbą olejną. Energii w ludziach dużo, bo inaczej niż w Polsce "zamurowani" to zupełnie nowe zjawisko.

W Polsce dziś istnieje 56 tysięcy "zamurownych osiedli", w USA jest ich około 40 tysięcy. Południowa Ameryka także "za płotem" stoi, biała południowa Afryka od czasu końca Apartheidu również za murem się chowa. Po naszej stronie Europy my i Rosja jesteśmy prymusem. "Nowi ruscy" też lubią na świat patrzeć ponad murem, a najlepiej przy użyciu oka kamery, które bacznie rzeczywistość normalno-ruską obserwuje.

Lewicujący Spiegel temat swego czasu drążył: W Niemczech Gated Communitys to wyraz przybierającej na sile polaryzacji między biednymi a bogatymi mówi gazecie Ulrich Vogel-Sokolowsky, socjolog z Uniwersytetu w Bielefeld. Klasy społeczne w ciągu ostatnich 40 lat znacząco się od siebie oddaliły. Ten wzrastający dystans, rozwarstwienie, wywołało u elit uczucie osaczenia, czy wręcz napastliwości. Uczucie wirtualne, bo statystyki nie podają po temu racjonalnych dowodów - dorzuca profesor, choć bogaci zdają się go za swoim murem nie słyszeć. Liczba włamań do mieszkań, jak podaje Federalny Urząd Kryminalny (Bundeskriminalamt), w ostatnich 10 latach spadła o 1/3. A mimo to "bezpieczeństwo" to podstawowy argument przy kupnie domu za płotem. Argument oficjalny, bo jakoś poprawny politycznie. Przecież nikt oficjalnie nie powie, że kupuje, by nie musieć oglądać takich-owakich szwendających mu się pod klatką.

Tylko jakoś się to wszystko z historią pogryzło. I z tą sprzed ćwierć wieku i tą dawniejszą. Król Fryderyk właściciel poczdamskiego pałacu i wielkiego pięknego ogrodu zachęcał prosty lud do spacerów po swoich włościach.



o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

społeczeństwo

Wczoraj i dziś [GALERIA]

społeczeństwo

Tani prezydenci

społeczeństwo

Rewolucja u Loewa

społeczeństwo

Polskie siostry...

społeczeństwo

Turecki napływ imigrantów

społeczeństwo

Aborcja jeszcze bardziej light

społeczeństwo

Orbis Wratislaviae

społeczeństwo

Gdy padał mur...

społeczeństwo

100 niepotrzebnych śmierci

społeczeństwo

Zielona energia?