społeczeństwo | 07.11.2019

Niemieckie mury - REPORTAŻ

autor: Tomasz Sikora
Niemieckie mury - REPORTAŻ Niemieckie mury - REPORTAŻ
W 30. rocznicę upadku Muru Berlińskiego słychać polityków z kanclerz Niemiec Angelą Merkel na czele - nie ma tak długiego i wysokiego muru dzielącego ludzi, którego nie dałoby się zburzyć lub choćby nadwątlić. Tymczasem nikt nie chce burzyć murów - te codzienne oddzielające biednych od bogatych z całą konsekwencją są stawiane.

Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, ale też Pabianice, Lubin, Radom - wszędzie, w  dużych i średnich miastach powstają osiedla, gdzie wejść można tylko na  zaproszenie, całą dobę urzędują strażnicy z firm ochroniarskich, a  budynki od "reszty świata" odgradza wysoki płot, albo nawet mur.  

Socjolodzy biją na alarm mówiąc o rozpadzie więzi społecznych,  mieszkańcy sobie chwalą poczucie iluzorycznego bezpieczeństwa. Iluzorycznego, bo, jak wynika na przykład z wrocławskich statystyk, liczba kradzieży na zamkniętych osiedlach jest czterokrotnie wyższa niż na tych bez strażnika.

Ale deweloperzy mówią - dziś strażnik dla wielu jest ważniejszy niż kuchnia -  je się na mieście, a wraca do domu późno. Dobrze wiedzieć, że o nasz spokojny sen dba facet pod bronią. Ludzie są skłonni zapłacić za dom w "strzeżonym osiedlu" więcej. Dużo więcej. Niemcy  właśnie zaczynają dochodzić do podobnych wniosków. Pojawia się szeroko  opisywana w prasie nowa struktura budownictwa - z angielska nazywane Gated Communitys. To osiedla, ale powstają też w dużych miastach specjalne strzeżone wieżowce, z portierami, którzy pełnią jednocześnie rolę bodyguardów. Polak powie: żadna nowość; w Niemczech to ostatnio hight light.

Lipsk, miasto gdzie zaczęła się niemiecka rewolucja 1989 roku. To tu organizowano poniedziałkowe manifestacje, to tu modlono się w słynnym bachowskim kościele o pojednanie niemiecko-niemieckie, to tu krzyczano, że Niemcy są jednym narodem. To stąd poszedł impuls , który ostatecznie spowodował, że mur berliński runął. Tak było 23 lata temu. Lipsk dziś - to tu powstaje druga pod względem wielkości w Niemczech Gated Community.

Central Park Residence. Położony jest - jak nazwa sugeruje - centralnie, w otoczeniu secesyjnych willi i parku im. Clary Zetkin. Obszar 6 hektarów wypełniają dwie potężne rezydencje, i zielone skwerki z obowiązkową fontanną i wodospadem. Wszystko otoczone wysokim murem. Kamery, trochę jak te na wieżyczkach wartowniczych wzdłuż wschodnio-zachodniej granicy RFN-NRD, teraz obserwują sytuację za murem. Każdy intruz, każde naruszenie przestrzeni przy murze jest rejestrowane, a sygnał idzie do centrali. Patrol pojawi się w oka mgnieniu.

Ostro zapyta: czego??? Nie wylegitymuje, ale każdy podejrzany ruch zostanie zgłoszony policji. Stasi byłaby z tego Sicherheitsdienst dumna. Jak możemy przeczytać na prospektach reklamowych: gdy kupisz u nas mieszkanie nie będziesz musiał radzić się policji, jak zabezpieczyć dom przed intruzami. My mamy technikę, o jakiej stróżom prawa nawet się nie śniło. W ciągu roku Central Park Residence będzie gotowa. Połowa z 38 mieszkań już została sprzedana. Tanio nie poszły - cena metra kwadratowego od 3700 do 4500 euro. Kolejne domy za płotem są planowane.

W Lipsku niemieckie obalanie muru się zaczęło. Skończyło, jak wiadomo, 9 listopada 1989 roku w Berlinie. Zatem tam się przenieśmy. Choć może lepiej do pobliskiego Poczdamu. Stolica Brandenburgii zamieniła się właściwie w sypialnię dla berlińskich bogaczy: Cisza, spokój, w dali widać, zależnie od położenia rezydencji, albo Sanssoucii albo Zamek Babelsberg. Wokół przyroda, sporo drzew, łabędzie i żaglówki pływające po licznych jeziorach pojezierza berlińskiego. Klimat trochę jak z Milanówka, czy Podkowy Leśnej koło Warszawy. Tylko ceny nie te i standard też wyższy. Dwupiętrowy apartament z Poczdamu: 39 okien na 270 metrach kwadratowych sprawia, że mieszkanie tonie w świetle. Na dolnym piętrze i w holu wiszą oryginalne grafiki Dalego i jeden Picasso.

Deweloper zapewnia też wyposażenie. W standardzie antyczne biurko z 1748, prawdopodobnie z zasobów napoleońskich generałów. Wyjdźmy jednak z tego mieszkania i rozejrzyjmy się po okolicy. Okolica nazywa się Osiedle Arkadyjskie (Arkadien-Siedlung). To pierwsza niemiecka "Gated Community". Najważniejszy z medialnego punktu widzenia jest mur. Po jego "osiedlowej stronie" czuć oddech wielkiego świata - mieszkają bogaci biznesmeni z paszportami od RPA po Islandię i Chin po USA. Po tamtej stronie - widać tylko czubki głów nad murem. To podążają do pracy i z pracy zwykli poczdamczycy. Nieciekawi. Dlatego też za mur do Arkadii raczej się nie dostaną.

Tu bogaci są między sobą. Wejście do raju strzeże niczym w zakonie furtian - w rzeczywistości to strażnik, który ma listę mieszkańców i ich gości. Nie podasz kodu, nie wejdziesz do raju. A raju strzegą fotokomórki, czytniki głosu, kod na linie papilarne i co sobie tylko firma ochroniarska wymarzy. Raczej na pokaz, taki rodzaj gadżetowego bezpieczeństwa, którego zazdrości Arkadii nawet policja. Kamery leniwie przesuwają się za tymi, którzy choć zbliżą się do płotu.

Bo w całym biznesie nie o tego Picassa chodzi, nie o kamery i strażnika-furtiana. Chodzi o wrażenie bezpieczeństwa, obrony przed nie wiadomo jakim wrogiem, który połakomiłby się na kruche nowobogackie życie. To "bezpieczeństwo" i jego pragnienie sprawia, że za płot do Arkadii ciągną właściciele co zasobniejszych portfeli z 3 milionowej stolicy. Oczywiście tłumaczenia całkiem racjonalne: wyjeżdżamy w biznesie na dłużej, teraz bez strachu, że nas ograbią. Mendy się nie panoszą, brudu nie ma. Turków tez nie ma - tego na głos nikt nie powie, choć wielu w zaciszu swych, skąpanym w świetle mieszkań, pomyśli.

Taka arkadyjska przystań kosztuje. 5500 euro za metr kwadratowy. Przeliczmy - to około 24 tysięcy złotych. Dużo to czy mało? Może i dużo, ale największy powstający apartamentowiec w Polsce - SkyTower we Wrocławiu ma podobne ceny. I symptomatyczne: w korytarzu na dole obok recepcji też znajdzie się oryginalna rzeźba Dalego. Jeden ze słynnych zegarów. Może to cyniczne zagranie? - byś pamiętał bogaczu: czas ucieka i nie żałuj, że nabyłeś metr kwadratowy najdrożej w Polsce. Na razie Czarneckiemu sprzedaż nie idzie - zmniejszył wysokość budynku, a część mieszkań przeznaczył na biura. Poczdamska Arkadia mimo kryzysu pęka w szwach. Ot takie to porównanie polskich i niemieckich portfeli.

Wszystkie 47 rajskich apartamentów wyprzedano na pniu. Tylko położona centralnie, opływająca złotem i technologią willa jeszcze jest do wzięcia. Ale trzeba też sporo "wyjąć" - 5,8 mln euro. Nawet był kupiec - hollywoodzka gwiazda - opowiada Uwe Peter Braun - zarządca Arkadii. Uwe prosi, by nawet w żartach nie nazywać go bogiem, choć skojarzenie nasuwa się samo. A gwiazda ostatecznie nie kupiła, bo nie było w pobliżu lądowiska helikopterów. Także inni mieszkańcy byli raczej przeciwni. Część mówiła, że hałas, część, że gwiazda na pewno kułaby w oczy bogactwem. No tak - w Arkadii na to pozwolić sobie nie można.

 

Handel bezpieczeństwem - dosłownie eksplodował w wielu niemieckich miastach. Nie wszędzie powstają od razu takie duże Gated Communitys. Czasem

Carlif (materiały developera) to parę domów - tylko jeden element niezmienny - naprawdę potężny płot. W berlińskiej dzielnicy teatrów - Prenzlauer Berg powstały właśnie ekskluzywne "Prenzlauer Gärten". Miejskie kamieniczki w angielskim stylu wykupiono na pniu. Także apartamenty w położonym po sąsiedzku "Parkpalais" wszystkie znalazły swoich amatorów, właściwie jeszcze na etapie dziury w ziemi.

Także na Kreuzbergu, dzielnicy kultury alternatywnej, tej, gdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jeździły polskie panki, by odetchnąć wolnością i zakrzyknąć odświeżająco: anarchia!, także i tam lepiej zarabiający stawiają swoje domki skryte za naprawdę grubymi murami. W  "Carloft" przy Reichenberger Straße mieszkańcy biorą swoje auta, dzięki towarowej windzie bezpośrednio do domu. W okolicy, gdzie co roku płonie kilkanaście wypasionych limuzyn, to może być ważny argument przy sprzedaży. I jest też ta zaleta, że alterglobalistyczne protesty można na żywo z okien loftów oglądać i im gorąco kibicować. Wiadomo, w żyłach pokolenia Joschki Fischera wciąż płynie rewolucyjna krew. A tak się pokolenie bawi, gdy aktualnie nie kibicuje rewolucji:

 

Jeśli już o alterglobalistach mowa. Jak pisze Der Spiegel w swoim raporcie, sprzedaż apartamentów w Carlofcie idzie średnio. Na razie 7 z 11 się sprzedało. To okoliczni sąsiedzi apartamentowca protestują. I wredni są i w środkach nie przebierają. Nawet demonstrację pod oknami zorganizowali, a hasło raczej mało pacyfistyczne mieli: "Carlofts zur Ruine machen!", w wolnym tłumaczeniu, by to coś, ten cały tutejszy loft z ziemią zrównać. I nie tylko w Kreuzbergu wznosi się bunt przeciw epatującym kasą i murami.

Politycy niemieccy są  prozaiczni. Lewica wydała klarowny komunikat, że grodzenie nie uchodzi i że to najgorsza forma tak zwanego Gentrifizierung, czyli gentryfikacji. To termin zapożyczony z amerykańskiej socjologii urbanistycznej, gdzie używano go na oznaczenie rehabilitacji obszarów w centrach miast, z których zamożniejsi Amerykanie uciekali na tereny podmiejskie w obawie przed rosnącym zagrożeniem przestępczością, problemami rasowymi i niewygodą życia w centrum dla rodzin.

Teraz w Berlinie raczej mamy do czynienia z procesem odwrotnym, dlatego zdaniem lewaków to najgorszy rodzaj gentryfikacji. Do komunikatu lewicy, ulica podchodzi z entuzjazmem i nieskrywanym poparciem - w kierunku nowo budowanych luksusów za murem lecą worki wypełnione farbą olejną. Energii w ludziach dużo, bo inaczej niż w Polsce "zamurowani" to zupełnie nowe zjawisko.

W Polsce dziś istnieje około 30 tysięcy "zamurownych osiedli", w USA jest ich około 90 tysięcy. Południowa Ameryka także "za płotem" stoi, biała południowa Afryka od czasu końca Apartheidu również za murem się chowa. Po naszej stronie Europy my i Rosja jesteśmy prymusem. "Nowi ruscy" też lubią na świat patrzeć ponad murem, a najlepiej przy użyciu oka kamery, które bacznie rzeczywistość normalno-ruską obserwuje.

Lewicujący Spiegel temat swego czasu drążył: W Niemczech Gated Communitys to wyraz przybierającej na sile polaryzacji między biednymi a bogatymi mówi gazecie Ulrich Vogel-Sokolowsky, socjolog z Uniwersytetu w Bielefeld. Klasy społeczne w ciągu ostatnich 40 lat znacząco się od siebie oddaliły. Ten wzrastający dystans, rozwarstwienie, wywołało u elit uczucie osaczenia, czy wręcz napastliwości. Uczucie wirtualne, bo statystyki nie podają po temu racjonalnych dowodów - dorzuca profesor, choć bogaci zdają się go za swoim murem nie słyszeć. Liczba włamań do mieszkań, jak podaje Federalny Urząd Kryminalny (Bundeskriminalamt), w ostatnich 10 latach spadła o 1/3. A mimo to "bezpieczeństwo" to podstawowy argument przy kupnie domu za płotem. Argument oficjalny, bo jakoś poprawny politycznie. Przecież nikt oficjalnie nie powie, że kupuje, by nie musieć oglądać takich-owakich szwendających mu się pod klatką.

Tylko jakoś się to wszystko z historią pogryzło. I z tą z przed trzydziestu lat i tą dawniejszą. Król Fryderyk właściciel poczdamskiego pałacu i wielkiego pięknego ogrodu zachęcał prosty lud do spacerów po swoich włościach.



o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

społeczeństwo

Zjednoczone?

społeczeństwo

Plakaty weg!

społeczeństwo

Szpitale na cenzurowanym

społeczeństwo

Właściciel historycznej walizki poszukiwany!

społeczeństwo

Drżąca kanclerz

społeczeństwo

Kawa z resztek

społeczeństwo

Zamrożenie czynszów

społeczeństwo

Özil się ożenił. Ale jak!

społeczeństwo

Szybkie śniadanie w Berlinie? Zapomnij!

społeczeństwo

Ważny sprawdzian