społeczeństwo | 08.08.2018

Teczki TW po niemiecku

autor: Tomasz Sikora
Ostatnio nieco ciszej nad polskimi teczkami upchanymi w archiwach IPN. Ostatnio, choć i tak od czasu powstania instytutu afery wybuchają co kilka miesięcy, każda kolejna publikacja IPN to znów powód do pytań o polski sposób rozliczenia przeszłości. Jak to się dzieje, że w Niemczech, w NRD, najbardziej represyjnym państwie byłego bloku socjalistycznego, państwie o najmocniej rozwiniętej strukturze tajnych współpracowników, donosicieli i szpicli takich afer nie ma. Czy faktycznie nie ma? Jak tam rozwiązano sprawę teczek?

Mniej więcej, gdy w Polsce Tadeusz Mazowiecki wspaniałomyślnie deklarował wprowadzenie "grubej kreski" co do dziś wytykają mu polityczni oponenci, ale także ówcześni przyjaciele z jednego obozu postsolidarnościowego (z Jarosławem Kaczyńskim i Janem Olszewskim na czele) w Niemczech rozpoczynał działalność odpowiednik polskiego Instytutu Pamięci Narodowej.2 stycznia 1992 roku pojawiła się ustawa umocowująca prawnie "Instytut Gaucka" Federalny Urzędu ds. Akt Stasi. Pastor Joachim Gauck z Rostocku, późniejszy prezydent Niemiec, a wtedy legendarny enerdowski opozycjonista już od 1990 roku pracował przy przejmowaniu akt od Stasi</strong> - był więc naturalnym kandydatem na szefa tej instytucji. Wprawnie sterował nią przez całą dekadę do 2000 roku.

Ustawa z 1992 roku daje mieszkańcom Niemiec prawo zapoznania się z informacjami, zbieranymi o nich przez enerdowską bezpiekę. Jak tłumaczył Gauck (późniejszy najpierw kandydat na prezydenta Niemiec w 2010 roku, rywalizację przegrał z Christianem Wulfem, a potem faktyczna tytularna głowa państwa w następstwie odejścia Wulfa) ofiary niemieckiego komunizmu mają prawo do wglądu we własną przeszłość:

Należy zniszczyć monopol bezpieki na wiedzę o obywatelach, to przywróci zaufanie społeczeństwa. Owszem zniszczy pewnie wiele relacji, ale przede wszystkim te, które przez lata opierały się na kłamstwie. Przetrwają prawdziwe związki i przyjaźnie, a nie te oparte na kłamstwie i bezczelności. Drugorzędnym, choć też istotnym elementem operacji ujawnienia akt, jest przywrócenie zaufania społeczeństwa do instytucji państwowych, które to zaufanie przez szereg lat bezpieka skutecznie podkopywała.

Akta zgromadzone w archiwach Stasi stały się bestsellerem. Społeczeństwo tak jak kilka lat później w Polsce rzuciło się do archiwów. W ciągu pierwszych dwóch dni od wejścia ustawy w życie wydano ponad 100 tysięcy druków. Wyczerpały się zapasy formularzy.

Formularze zaczęły drukować gazety. W prasie obok druków dostępu zaczęły pojawiać się łzawe, bądź mrożące krew w żyłach historie oparte na aktach. O żonie donoszącej na męża latami, o dzieciach denuncjowanych przez matkę ślepo wierzącą w socjalizm, o metodach szantażu Stasi. Niektórzy dopiero teraz zdali sobie sprawę z potęgi aparatu wywiadowczego policji bezpieczeństwa. Okazało się, że mityczne urządzenia podsłuchowe naprawdę istniały i funkcjonowały - ponury obraz NRD okazał się prawdą.

Przykłady? Ot choćby te najgłośniejsze - szeroko opisywany w prasie przypadek posłanki do Bundestagu, Very Lengsfeld. Donosił na nią własny mąż. VIPy? Były premier Brandenburgii i były minister komunikacji w rządzie Niemiec, Manfred Stolpe. Stolpe - jak wynika z akt urzędu Gaucka był ważnym nieformalnym TW. Informował Urząd Bezpieczeństwa o sytuacji w Kościele ewangelickim NRD.

Stolpe miał na tyle honoru, że po ukazaniu się kompromitujących informacji w 2005 roku wycofał się z polityki. Jak wynika z danych Stasi, bezpieka NRD miała prawie 60 agentów w erefenowskich władzach najwyższych. Tylku współpracowników miała w Bundestagu. Setki współpracowników na dyrektorskich stanowiskach firn w zachodnich i wschodnich Niemczech. Jej władza i wiedza była potężna.

Także w świecie celebrytów dawnej NRD wielu współpracowało - najszerzej komentowanym przypadkiem była współpraca najsłynniejszej łyżwiarki NRD - Katariny Witt. W łzawym wywiadzie tłumaczyła, że gdyby nie donosiła Stasi złamałoby jej karierę.

Społeczeństwo uwierzyło, a Witt dziś jest jedną z najbardziej poważanych osób niemieckiego showbiznessu. Regularnie bierze udział w programach telewizyjnych wspomnających w "ostalgicznym" stylu, jak pięknie i beztrosko wyglądało życie w Niemczech Wschodnich.

Do dziś o wgląd do akt bezpieki wystąpiło prawie sześć i pół miliona wnioskodawców. Istnieje ponad 100 kilometrów półek z aktami papierowymi. Do dziś udało się wstępnie uporządkować zaledwie prawie połowę. Wciąż nie wiadomo do końca co kryje pozostałych ponad 60 kilometrów akt. Mimo upływu lat wciąż Niemcy nie do końca rozliczyli się ze swoją przeszłością.

Wiele z zapytań wciąż nie znalazło odpowiedzi, podobnie jak w Polsce, Stasi udało się zniszczyć katalogi administracyjne, które porządkują treść. To tak jakby zniszczyć książkę telefoniczną. Wiadomo, że ktoś istnieje, wiadomo, że są gdzieś jego dane, nie wiadomo jednak, gdzie ich szukać.

Dlatego wielu dawnym agentom Stasi żyje się dziś bezpiecznie, choć w każdej chwili może zostać odkryta ich przeszłość. Co, gdy tak się stanie? Nic.

Agenci enerdowskiej bezpieki robią dziś polityczną karierę. Niech za przykład posłuży szefowa frakcji Die Linke w Landtagu w Poczdamie, Kerstin Kaiser. Także szef krajowej organizacji Partii Lewicy w tym landzie, Thomas Nord, rzecznik frakcji Die Linke w Landtagu do spraw polityki wewnętrznej, Hans-Juergen Scharfenberg i poseł do Landtagu w Poczdamie, Axel Henschke, mają za sobą agenturalną przeszłość. To nie przeszkadza posłom SPD wchodzić z Die Linke w koalicję rządową na szczeblu landowym w Brandenburgii.

Jak wskazują szacunki, dziś aż 17 tysięcy byłych agentów Stasi pracuje mimo lustracji w służbach publicznych administracji krajowych w Niemczech. Tę informację podał Financial Times Deutschland. Dane zaskoczyły niemieckie społeczeństwo, a zwłaszcza polityków, bo wynika z nich, że skala problemu jest poważniejsza, niż się wydawało.

 

Jak czytamy w FT Deutschland w jednym tylko landzie - Meklemburgii-Pomorzu Przednim urzędy państwowe i federalne zatrudniają 2247 byłych agentów Stasi. Niel lepiej jest gdzie indziej: prawie 3 tysiące pracuje w Brandenburgii, 800 w Turyngii, aż 4400 w Saksonii – Anhalt, 2700 w administracji miasta-landu Berlin i ponad 4 tysiące w Saksonii. 

 

Jeden z badaczy Stasi - naukowiec z Magdeburga Gerhard Ruden, przekonany jest o konieczności ponownej lustracji pracowników służb publicznych. To jest sprawa po prostu politycznej, społecznej higieny życia publicznego, stwierdził na łamach Financial Times Deutschland. Ostatnimi czasy (na przełomie lat 2009/10 udało się pobieżnie przejrzeć wszystkie akta.

 

Stworzono zatem coś, co przypomina ową "zagubioną książkę telefoniczną". Gdy lustrację urzędników przeprowadzano oficjalnie - w połowie lat 90. nie znano 75% akt. Ci, których wtedy nie zdekonspirowano teraz grają pierwsze skrzypce w niemieckiej administracji, stwierdził Ruden.

 

Jak podaje właśnie berliński Handelsblatt tylko we wschodnioniemieckich urzędach landowych zatrudniono ponad połowę zdekonspirowanych agentów enerdowskiej bezpieki. Dziś ponieważ są "mianowanymi" urzędnikami nie da się ich zwolnić z pracy.



o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

społeczeństwo

Co Niemcy kupują na Walentynki?

społeczeństwo

​Najpopularniejsze imiona 2019

społeczeństwo

Niemieckie mury - REPORTAŻ

społeczeństwo

Zjednoczone?

społeczeństwo

Plakaty weg!

społeczeństwo

Szpitale na cenzurowanym

społeczeństwo

Właściciel historycznej walizki poszukiwany!

społeczeństwo

Drżąca kanclerz

społeczeństwo

Kawa z resztek

społeczeństwo

Zamrożenie czynszów