informacje | 20.05.2019

Ciasteczkowy potwór (Bahlsena)

autor: Tomasz Sikora
Ciasteczkowy potwór (Bahlsena)
Po pierwsze kupię sobie jacht, a po drugie jesteśmy wspaniałymi pracodawcami, nawet robotnicy przymusowi mieli u nas jak w raju - mniej wiecej tak można by skrócić opowieści o rzeczywistości Vereny Bahlsen, spadkobierczyni ciasteczkowego imperium. Ale to początek burzy.
26-letnia Verena Bahlsen - jedna z córek i dziedziczek obecnego prezesa zarządu  oświadczyła na konferencji prasowej, w czasie oficjalnego przedstawienia jej jako przyszłej właścicielki 25% ciasteczkowego imperium, że teraz będzie zarabiać pieniądze i kupować sobie jachty. A tak w ogóle to firma jest świetna i nawet w czasie wojny pracownicy przymusowi byli zachwyceni, bo traktowano ich tak samo dobrze jak Niemców, firma płaciła im i "nie zrobiła nic złego".

Oświadczenie wywołało falę krytyki i wezwania do bojkotu produktów firmy. Werner Michael Bahlsen musiał przerwać urlop w Toskanii, żeby stawić się na spotkanie z dziennikarzami i próbować ratować sytuację.

A to początek kłopotów Bo z materiałów, do których dotarł "Bild am Sonntag", wynika, że były szef firmy finansował SS, był członkiem NSDAP i współorganizował wywózki na roboty do III Rzeszy.

Niedzielne wydanie tabloidu "Bild" dotarło do archiwalnych dokumentów z procesu denazyfikacyjnego Wernera Bahlsena - jednego z szefów ciastkarskiego imperium w czasie II wojnie światowej i w latach powojennych.

Bahlsen był członkiem honorowym SS, finansował tę formację i należał do NSDAP. Kiedy podczas wojny kierował fabryką wypieków w Kijowie zaopatrującą Wehrmacht, koordynował wywózki robotników przymusowych do Hanoweru, który do dziś jest główną siedzibą Bahlsena.

Co ciekawe po wojnie jego poglądy zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Stał się (udawał?) zdeklarowanym zwolennikiem społecznej gospodarki rynkowej, został nawet współzałożycielem stowarzyszenia Rada Gospodarcza CDU w Dolnej Saksonii i jego wieloletnim szefem.

W teczce Wernera Bahlsena znajdują się dokładne relacje o tym jak wyglądało to "dobre traktowanie robotników przymusowych". Jest zeznanie jednej z wywiezionych przez samego Bahlsena pracownic przymusowych Jekateriny S., urodzonej w 1919 roku w Kijowie:
"Pracowałam w kijowskiej fabryce wypieków, która wówczas piekła chleb dla Wehrmachtu. Naszym szefem był Werner Bahlsen. W sierpniu 1942 po zakończeniu zmiany zobaczyliśmy, że budynek jest otoczony przez żołnierzy z owczarkami. Wybrano spośród nas najmłodsze i najsilniejsze. Bez słowa wyjaśnienia zostaliśmy załadowani do ciężarówek, przewiezieni na dworzec i wsadzeni do wagonów towarowych. Kierownikiem tej operacji był sam nasz szef - Werner Bahlsen. Zaczął się straszny płacz i krzyki. Z głośników nagle zagrzmiała muzyka. Ktoś zdołał powiadomić nasze matki i krewnych - przybiegli na dworzec z jedzeniem i ubraniami. Zostali odepchnięci kolbami przez żołnierzy. Pociąg ruszył. Nie wiedzieliśmy dokąd. Zostaliśmy przywiezieni do Hanoweru. Do baraków. Stamtąd - do pracy w fabryce Bahlsena" - czytamy w świadectwie zamieszczonym przez "Bild am Sonntag".

Dziennikarze "Bild am Sonntag" przedstawili 70-letniemu Wernerowi Michaelowi Bahlsenowi - synowi Wernera porywającego ludzi do niewolniczej pracy w Hanowerze - dokumenty znalezione w archiwum.

"Patriarcha przedsiębiorstwa" - jak określa go "BamS" - do którego czwórki dzieci od 1995 roku należy 95 proc. udziałów firmy, wydawał się zaskoczony. "Jestem zszokowany. Słyszę to dziś po raz pierwszy i jest to katastrofa. Jestem głęboko poruszony opisanym przestępstwem. Nasze rodzinne przedsiębiorstwo ma jasne zasady. Prawdomówność i autentyczność należą do najważniejszych" - powiedział. "Tym ważniejsze jest teraz dokładne przepracowanie tego rozdziału" - dodał.

Bahlsen zatrudnił hanowerskiego historyka Manfreda Griegera, żeby zbadał dzieje firmy w czasie rządów Hitlera - praktyka powszechnie stosowana przez niemieckie przedsiębiorstwa oraz instytucje publiczne i traktowana zazwyczaj przez opinię publiczną jako forma rozliczenia się z przeszłością i narodowym socjalizmem.
Nie jest to jednak dla Bahlsena pierwsza okazja do takich rozliczeń: w 1999 roku rozpoczął się proces wytoczony firmie przez około 40 Ukrainek - byłych pracownic przymusowych. Każda z nich żądała 13 tys. euro odszkodowania.

"Ale Bahlsen nie chciał płacić. Wybrał wredną strategię obrony: sąd pracy rozstrzyga tylko w sprawach dotyczących zatrudnienia. Między Bahlsenem a pracownikami przymusowymi nie istniał stosunek pracy, bo kobiety były do niej zmuszone i nie miały umowy" - przypomniał "Bild am Sonntag". Wniosek został w końcu oddalony ze względu na przedawnienie. Werner Michael Bahlsen powiedział, że nie zajmował się tą sprawą, a prawnicy skoncentrowali się na paragrafach, a nie na obowiązkach moralnych. Jednak jego firma przystąpiła do fundacji "Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość", z której środków wypłacane były odszkodowania dla pracowników przymusowych.

Założona 130 lat temu przez Hermanna Bahlsena firma wciąż pozostaje w rękach rodziny. Roczne obroty przedsiębiorstwa w 2018 roku wyniosły ponad pół miliarda euro. Zatrudnia ono niemal trzy tysiace pracowników. W Polsce ma dwie fabryki i przejęła kilka polskich firm między innymi "Krakuski". Firma na nad Wisłą dwie fabryki.


o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

informacje

Idzie kryzys

informacje

Chińska blokada

informacje

Oszustwo "na osę"

informacje

Nasz krasnal w Dreźnie

informacje

100 ofiar mordercy w kitlu

informacje

Kryzys rządowy w Niemczech

informacje

​Fantastyczny doktor

informacje

Dożywocie za kanapki

informacje

Wsiąść do pociągu...

informacje

Zaginął Picasso za 10 tys. euro!