informacje | 10.11.2019

Upadek Muru - 30. rocznica

autor: Z Berlina Tomasz Sikora
Upadek Muru - 30. rocznica Upadek Muru - 30. rocznica
Niemcy upadek berlińskiego muru świętowali głośną muzyką, pokazem świateł i... brakiem niemieckich flag. Co dziwi Polaków a jest wręcz powodem dumy Niemców.
W tym roku zresztą rocznica miała być skromna, zdecentralizowana, bardziej nostalgiczna, stonowana - na końcu było jak co roku - tylko bardziej. Więcej światła, laserów, muzyki, wiwatów. Pod Bramą Brandenburską nie wystarczyła jedna potężna scena - tym razem były dwie bliźniacze, by koncert trwał naprzemiennie i bez przerwy. Dziesiątki tysięcy ludzi przyszły na chwilę lub na kilka godzin. Tłum był tak duży, że nie czuło się przenikliwego zimna początku listopada. 

Najpierw trzeba było swoje odstać w kolejce do wejścia na teren imprezy. Część ludzi żartowała że jest jak wtedy gdy mur istniał. Jak kiedyś wnikliwe były kontrole na Checkpoint Charlie - tak dziś kontrolowano na wejściu w okolice Bramy Brandenburskiej. Ale o ile wtedy kontrole przyjmowana z dezaprobata, tak teraz raczej cierpliwie czekano na swoją kolej. Wszystko w związku ze współczesnym zagrożeniem terrorystycznym. Na scenie - wielu liczyło na Davida Hasselhoffa, który wtedy 1989 roku wyśpiewał na walącym się murze swoją "Looking for freedom". Do dziś wielu Niemców kojarzy Hasselhoffa z tamtym popowym hymnem na rzecz wolności, który tygodniami utrzymywał się w Niemczech na listach przebojów. Nigdzie na świecie Hasselhoff nie jest taka gwiazdą i ikoną jak w Niemczech. Tym razem go nie było... bo był miesiąc temu przy okazji święta Zjednoczenia Niemiec obchodzonego 3 października 2019 roku. Tym razem były lokalne gwiazdy zaangażowanego rocka z przeszłością wschodnio- i zachodnioberlińską. A więc Dirk Michaelis, Anno Loos, Die Zöllner, Trettmann, Zugzogen Maskulin i Staatskapelle Berlin. Wszyscy zagrali przed dziesiątkami tysięcy osób.

Tym razem zabawa zresztą odbywała się w kilku miejscach wokół Bramy Brandenburskiej. 10 lat temu przewracano wielkie kostki domina (pierwszą pchnął Lech Wałęsa), 5 lat temu był łańcuch świateł. Tym razem były koncerty i wydarzenia w kilku miejscach wokół głównego niemego świadka tamtych dni - Bramy Brandenburskiej. 

W tym roku wymyślono, by przedłużyć festowal i dzień wolności zamienić na dni wolności - Teraz coś się działo w kilku miejscach, które wtedy 30 lat temu odegrały jakąś rolę w procesie jednoczenia Niemiec. Wszystko według motto - 7 dni - 7 miejsc. Czy to na Alexanderplatz, gdzie przechodnie filmowali instalacje wideo wyświetlane w sobotę telefonami komórkowymi na budynkach Behrens, czy też w Sony-Center na Potsdamer Platz, gdzie tłum rzucały na kolana utwory dawnych ikon rocka. Miasto w świąteczną sobotę tętniło życiem i muzyką  aż do późnych godzin wieczornych.

Ludzie słuchali emocjonalnego przemówienia nadburmistrza Berlina Klausa Lederera, który tłumaczył, że świętujemy czas wolności i jedności pamiętając jednak, że te wartości nie są dane na zawsze, a wokół jest sporo takich, którzy chcieliby te podstawy demokracji osłabić lub w ogóle ludzi ich pozbawić. Lederer wymieniał w jednym rzędzie panujący Populizm, programy Pegida i AfD w Niemczech, zaś na świecie wskazywał jako zagrożenia demokracji i jedności Trumpa, Brexit i pojawienie się wielu autokratów w różnych innych częściach globu i Europy. 

Z kolei podczas symbolicznego otwarcia Bramy Brandenburskiej prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zaapelował do ludzi w całym kraju o zburzenie nowych murów społecznych. Mur berliński zniknął, ale w Niemczech "zbudowano nowe mury, mury frustracji, mury gniewu i nienawiści, mury wykluczenia i wyobcowania". Każda osoba w kraju może przyczynić się do ich ponownego zburzenia. "Nie możemy pozwolić na wykluczenie i atakowanie ludzi", nie wolno pozwalać by demokracja i jej wartości były wyśmiewane.

Z kolei berliński burmistrz miejski Michael Müller (SPD) przypominał o ofiarach muru i dyktatury SED oraz o ludziach z byłej NRD, którzy walczyli o swoją wolność. Pokojowa rewolucja była niesamowitym osiągnięciem, które wymagało wielkiej odwagi. 

Polscy obserwatorzy i turyści zwrócili uwagę, ze brakuje niemieckich flag. Powody były dwa - te na drewnianych proporcach rekwirowano jako niebezpieczne, natomiast dużo istotniejszy był inny fakt. Niemcy właściwie ostentacyjnie obnoszą się ze swoimi barwami narodowymi i flagą przy okazji wydarzeń sportowych. W przypadku wydarzeń politycznych flaga bywa odbierana jako element sugerujący postawę mocarstwową, autorytarną. Wielu machanie flagami i sztandarami wciąż kojarzy ze zgromadzeniami 3. Rzeszy. Znacznie bardziej lubiana przy takich okazjach jest flaga Unii Europejskiej - odbierana jako symbol jedności, demokracji i równości głosu. 

 W czasie uroczystości przy Bramie Brandenburskiej był też (przynajmniej) jeden mocny moment: Marianne Birthler, była działaczka praw obywatelskich w NRD, a później oficjalna likwidatorka Stasi, poprosiła o minutę ciszy na terenie festiwalu. Moment milczenia miał na celu upamiętnienie tych, których życie zostało zniszczone przez dyktaturę SED lub którzy stracili życie. Wsponiamła tych, którzy zostali wysłani do radzieckich obozów karnych, pozbawieni wyższego wykształcenia, monitorowani przez Stasi, uwięzieni lub zdradzeni, albo zabici na granicy. Ale prosiła by wspomnieć myślą też o tych, którzy zdradzili, donosili i teraz cierpią pod tym ciężarem.

I to nie wszystko - tłumaczyła gorąco ze sceny ikona niemieckiego oporu: "tylko ci, którzy dziś opowiadają się za otwartością i wolnością, mieliby moralne prawo powoływać się na pokojową rewolucję jesieni 1989 roku". "Ci, którzy żywią się dziś nienawiścią wobec innych, grożą innym słowami i czynami, nie są lepsi od Stasi, która zdziesiątkowała i zniszczył ludzkie życie. Birthler tłumaczyła wschodnim Niemcom, że nie mogą odwracać się od potrzebujących pomocy azylantów, bo 30 lat temu to oni byli na miejscu dzisiejszych przybyszy z Afryki i Bliskiego Wschodu - to im podano rękę. Część osób te słowa przyjęła gwizdami. Ale jak dalej tłumaczyła Birthler: nie chcę, by to AfD zawładnęła naszą rzeczywistością, zabrała nam nasze wartości, w to miejsce wprowadzając nienawiść i poczucie wyższości wobec innych - słabszych biedniejszych, potrzebujących wsparcia i pomocy. 

Róże i świece

Już w sobotni poranek kilkaset osób upamiętniło ofiary Muru podczas uroczystości upamiętnienia politycznego na dawnym pasie śmierci na Bernauer Strasse. Prezydent Steinmeier i kanclerz Angela Merkel (CDU) złożyli kwiaty przy wciąż istniejących fragmentach muru - który dziś jest symbolem dawnego podziału. Dla uczczenia odwagi opozycji NRD jesienią 1989 r. zapalono świece - symbole pokojowego oporu w NRD.

Kanclerz Angela Merkel, burmistrz urzędujący Berlina Michael Müller (SPD), i Franziska Giffey (SPD), minister ds. rodziny, osób starszych, kobiet i młodzieży, włożyli róże w szczeliny w murze podczas uroczystości upamiętniającej Fundację Muru Berneuer Strasse.

W uroczystościach przy pomniku uczestniczyli również goście zagraniczni, tacy jak prezydenci Słowacji, Polski, Czech i Węgier, współcześni świadkowie i uczniowie. Steinmeier podziękował mieszkańcom Czech, Słowacji, Węgier i Polski za nasz wkład w zjednoczenie. "Bez ich odwagi i pragnienia wolności niemiecka jedność nie byłaby możliwa". W czasie uroczystości zabrakło natomiast szefów państw sprzymierzonych z okresu 2. Wojny Światowej. Nie było prezydenta USA, Francji, Rosji czy premiera Wielkiej Brytanii.

Podczas modlitwy w Kaplicy Pojednania kanclerz Merkel wezwała do zdecydowanych działań przeciwko nienawiści, rasizmowi i antysemityzmowi. 9 listopada ma podwójne znaczenie - to nie tylko rocznica upadku muru ale także listopadowych pogromów Żydów w całych Niemczech 1938 roku. Ta data jednoczy "najstraszniejsze i najszczęśliwsze chwile w historii Niemiec" - powiedziała Merkel. Jednocześnie kanclerz wezwała:  "Żaden mur, który marginalizuje ludzi i ogranicza wolność, nie jest tak wysoki lub tak szeroki, by nie dało się go zburzyć lub choćby przełamać."