komentarze | 03.07.2013

Europa na podsłuchu. Niemcy pauzują

autor: Łukasz Wolak

Kolejna odsłona afery „Snowdena”. Sprawy zaczynają wymykać się amerykanom spod kontroli. Unia Europejska jest wzburzona po kolejnych szpiegowskich rewelacjach. Rosja i Chiny sprzymierzyły się przeciwko USA. Co w całej sprawie zrobią Niemcy? Kto w tej sprawie jest przeciwko komu? Czy istnieją granice partnerstwa? Czy Snowden reaktywował mechanizmy antyamerykańskie? I wreszcie czy doczekamy się kolejnej już czwartej części afery pt. „Dziedzictwo Snowdena”?


Łukasz Wolak (dr nauk historycznych, niemcoznawca)

Posługując się tytułami z popularnej ekranizacji przygód Jansona Bourne’a mieliśmy już „tożsamość”, „krucjatę” i „ultimatum” Snowdena. W jeden miesiąc były analityk i informatyk CIA i NSA Edward Snowden zainteresowaniem mediów swoimi przygodami przebił wszystkie ekranizacje wspomnianej trylogii. Przez 30 dni obnażył światowej opinii publicznej skalę, metody i działania amerykańskich służb wywiadowczych i agencji bezpieczeństwa. Dlaczego?


Oficjalnie w prezentowanych wywiadach z głównym bohaterem całej sprawy wynika, że motywacją jego działań była chęć obnażenia zbyt szerokiej inwigilacji obywateli amerykańskich i europejskich przez CIA i NSA. Jednak czy tylko? Początkowo po „odpaleniu” całej sprawy „Snowdena”- nazwijmy ją tak na potrzeby tego artykułu, wydawało się to oczywiste. Przypomnijmy Edward Snowden zdezerterował z szeregów amerykańskiej agencji wywiadowczej i udał się do Hongkongu.

 

Na łamach „The Guardian” oraz „The Washington Post” opublikował informacje o inwigilacji Internetu przez amerykański program PRISM stworzony przez NSA. Po publikacji informacji o PRISM społeczeństwo amerykańskie podzieliło swoje opinii na temat skandalu. Część pytanych solidaryzowała się z analitykiem Snowdenem widząc w jego działaniach bohaterstwo i dbałość o amerykańską demokrację.

 

Druga część uznała za „zdrajcę”, którego trzeba osądzić. Warto wobec tego zapytać, czy spodziewał się on tak ambiwalentnej opinii Amerykanów? Czyżby efekt publikacji nie zadowolił samego reżysera demaskatorskiego scenariusza - Snowdena? Być może tak było. Być może, ponieważ niewiele wiadomo o jego relacjach z władzami Chin. To stamtąd przesyłał informacje o inwigilacji przez służby USA Amerykanów i Unii Europejskiej. Być może podczas pobytu w Hongkongu spotkał się z funkcjonariuszami chińskiego wywiadu (np. Biura II lub Biura III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Chińskiej Republiki Ludowej)? Trudno to jednoznacznie stwierdzić, ale nie jest niemożliwe.

 

Po obnażeniu sprawy inwigilacji programu PRISM oraz podsłuchiwaniu dyplomatów podczas szczytu państw G20 w Londynie w 2009 r. nagle świat spolaryzował się na proamerykańskie i antyamerykańskie kraje. Na dobre zaczęła się gra wywiadów i polityków. Europa czekała w „blokach” na rozwój wydarzeń licząc, że amerykańska dyplomacja poradzi sobie z aferą. Wiemy już, że nie poradziła sobie z ogniem wzrastającej krytyki.

 

Barack Obama włączył się w kampanię na rzecz wydania Snowdena jednocześnie tłumacząc się przed europejskimi parterami ze skali inwigilacji oraz wymiaru działań podczas brytyjskiego szczytu G20. Trzeba przyznać, że informacje, które przekazał dziennikarzom Snowden zakłopotały samego prezydenta USA. Początkowo tylko Komisja Europejska oprotestowała skalę inwigilacji obywateli wspólnoty dowodząc, że USA nie mają prawa inwigilować obywateli UE. Angela Merkel podeszła do informacji o podsłuchach Niemców z dystansem. Cała sprawa zaczęła pomału wygasać. Pozostawał tylko jeden element tej afery, który nazywał się Edward Snowden.


Amerykanie i Europa wstrzymały oddech zastanawiając się, jakimi materiałami dysponuje „współczesny dezerter”? Czy to koniec rewelacji? Zastanawiał się każdy, kto śledził losy i wydarzenia związane z aferą kontroli Internetu. O ile publikowane informacje na temat inwigilacji udało się przełknąć o tyle kolejne wzburzyły przedstawicieli państw Unii.


Tymczasem wybuchła kolejna burza. Okazało się, że CIA i NSA podsłuchiwała i inwigilowała unijne przedstawicielstwa w Waszyngtonie i Nowym Jorku oraz objęła inwigilacją budynek Justus Lipsius, gdzie siedzibę mają m.in. Rada Unii Europejskiej i Rada Europejska. Wybuchł nowy skandal. Tym razem rewelacje opublikował tygodnik Der Spiegel - posiłkując się raportem NSA z 2010 r. o zakładaniu podsłuchów w przedstawicielstwach UE na terenie USA.

 

 

Okazało się, że skala inwigilacji prowadzona przez Amerykanów może być ogromna. Podsłuchiwano rozmowy telefoniczne, kontrolowano wiadomości email i rozmowy wewnątrz budynków a także inwigilowano unijnych urzędników i dyplomatów. Wykorzystywano również tradycyjne metody wywiadowcze realizowane przez amerykańskie służby do kontroli unijnej administracji. Der Spiegel dodaje, że w kontrolowanym przez amerykański wywiad budynku Justus Lipsius biura mają przedstawiciele wszystkich państw. Dzięki temu kontrolą objęto sieć internetową i korespondencję wszystkich urzędującym w nim instytucji.



Po tych rewelacjach przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz zażądał od USA pełnych państw, żądając wyjaśnień rewelacji publikowanych przez niemieckich dziennikarzy i dalszych informacji na temat inwigilacji. Po artykułach Der Spiegel głos zabrali przedstawiciele różnych krajów w tym m.in. minister spraw zagranicznych Luksemburga Jean Asselborn oraz  szef francuskiej dyplomacji Laurent Fabius uznając za niedopuszczalne tego typu praktyki.

 

 

Dotąd amerykańska administracja nie komentowała sprawy i nabierała wody w usta. Dopiero po publikacji Der Spiegel wywiadu agencji informacyjnej AP udzieliła ambasador USA przy ONZ Susan Rice, która odrzuciła twierdzenie, że informacje opublikowane przez Snowdena zagrażają polityce zagranicznej USA. W poniedziałek oficjalnie ambasador Rice objęła funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Baracka Obamy. Prawdopodobnie poprzez odświeżenie stanowiska doradcy prezydenta USA chce uspokoić polityczne relacje z partnerami.

 

 

Były premier Belgii Guy Verhofstadt oskarżył USA o „zimno wojenną” przypadłość, w której wszyscy są szpiegowani, a w szczególności polityczni partnerzy. Również prezydent Francji Francois Hollande nie kryje irytacji. Zagroził USA zerwaniem rozmów w sprawie umów handlowych.

 

 

Wywołany do tablicy James Clapper - szef wszystkich amerykańskich służb wywiadowczych, stwierdził, że wyjaśnienia dla Unii Europejskiej po rewelacjach Snowdena zostaną wysłane kanałem dyplomatycznym. I tyle. Pytany przez dziennikarzy po publikacji Der Spiegel były dyrektor NSA i CIA Michael Hayden wyraził się równie oględnie, że Amerykanie prowadzą działalność wywiadowczą, a czwarta poprawka w konstytucji USA nie jest elementem prawa międzynarodowego. Uzasadnił tym samym działalność agencji wywiadowczych.

 


Kolejny skandal, jaki wywołała seria artykułów „Der Spiegel” spowodował, że politycy Parlamentu Europejskiego domagają się dalszych wyjaśnień od Amerykanów. Tymczasem administracja UE sprawdza i weryfikuje doniesienia tygodnika. Czy mogą zagrozić stosunkom UE – USA, jeżeli okażą się prawdziwe? Unijni przedstawiciele na pewno w obecnej chwili będą z dystansem spoglądać na relacje z amerykańską dyplomacją. Jak długo - nie wiadomo. „Epoka lodowcowa” podgrzewana doniesieniami Snowdena może w przyszłości spowodować wielką powódź. Amerykanom będzie nadal zależeć na schwytaniu dezertera i z pewnością użyją wszelkich środków, nawet gdyby miały być one niejawne, ponieważ straty już w tej chwili liczone są na lata.

 

 

Można zastanowić się nad pytaniem, jakie szkody wyrządziła działalność jednego dezertera z szeregów CIA i NSA? Pod względem wywiadowczym są one ogromne! Dzieje się tak zawsze po dezercji z szeregów każdego wywiadu. CIA i NSA będą potrzebowały sporo czasu, aby oszacować zniszczenia po ujawnieniu informacji o inwigilacji Internetu! Poprzez informacje o procesach i działalności wywiadowczej Amerykanów wszyscy partnerzy dowiedzieli się o istnieniu różnego rodzaju technik wywiadowczych oraz ich skali. Nasuwa się wobec powyższego pytanie: co Amerykanie będą skłonni ofiarować UE w zamian za przymknięcie oka na cały skandal?


„Cel” Niemcy

 

W kolejnej odsłonie afery okazało się, że Niemcy znajdują się na pierwszym miejscu na amerykańskiej mapie szpiegowskiej Europy. Po raz kolejny w całej sprawie głos zabrała minister sprawiedliwości Niemiec Sabine Leutheusser-Schnarrenberger krytykując Amerykanów. Uważa ona, że jeśli informacje znajdą potwierdzenie - to cofnęliśmy się do czasów zimnej wojny. Według rewelacji Der Spiegel Niemcy tworzą grupę państw wspólnie z Chinami, Iranem oraz Arabią Saudyjską poddaną ścisłej kontroli przez wywiad. Warto podkreślić, że Amerykanie nie szpiegują Kanady, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Australii.

 

Z danych statystycznych podanych przez niemiecki tygodnik wynika, że NSA w Niemczech kontrolowała ponad 500 mln połączeń w tym telefonicznych, maili, smsów i czatów.  W dzień powszedni za Odrą potrafiła kontrolować nawet 60 mln połączeń telefonicznych. Wszystkie informacje świadczą jednoznacznie, że amerykańskie służby wywiadowcze mają bardzo dobrze prześwietlony i rozpoznany teren Niemiec. Nie dziwi, więc fakt, że BND wykorzystuje dane zgromadzone przez Amerykanów. Tym bardziej nie powinno dziwić, że Urząd Ochrony Konstytucji (UOK) korzysta z PRISM i pobiera dane z NSA. Wydaje się, że ceną dostępu do baz amerykańskich służb wywiadowczych jest pełna kontrola sieci i połączeń Niemiec. Nie każdy rząd zdecydowany jest na takie ustępstwo.


Doniesienia tygodnika skomentował szef SPD Sigmar Gabriel, który stwierdził, że politycy muszą wytyczyć granicę wobec praw osobistych i wolności. Rzecznik rządu Steffen Seibert zabrał głos tłumacząc, że Angela Merkel oczekuje na spotkanie z prezydentem Obamą, którego przedmiotem rozmowy mają być informacje z NSA. W sprawie wypowiedziała się również Renate Künast, szefowa frakcji Związku 90/Zieloni, która wyraziła zdecydowany protest przeciwko inwigilacji o takim zasięgu. Do mediów docierają również informacje z tej partii, że Niemcy powinny natychmiast wycofać z amerykańskich umów transferu danych za pomocą SWIFT oraz wymiany danych pasażerskich (PNR).

 

 

Katja Kipping, liderka partii Die Linke zażądała, by Niemcy natychmiast przedstawiły oficjalny protest wobec tych praktyk. Sama kanclerz skomentowała doniesienia tygodnika dość krótko, że jest za proporcjonalnością w pozyskiwaniu danych wywiadowczych. Cokolwiek miało to oznaczać było tylko pewną zasłoną, ponieważ Merkel zdaje sobie sprawę jak głęboko BND sięga do amerykańskich baz danych NSA.

 

 

Tym bardziej, że niemiecki wywiad chce budować kosztem 100 mln euro swój system kontroli Internetu, zapewne w oparciu o amerykański. Rozczarowanie całą aferą rządu niemieckiego jest policzone politycznie a kanclerz Merkel dobrze wie, co robić i jak reagować. Nie stanie się nic nadzwyczajnego w relacjach USA-Niemcy, ponieważ korzyści płynące z wymiany wywiadowczych informacji są większe niż polityczna roztropność. Dzieje się tak, ponieważ umowa pomiędzy niemieckim wywiadem i NSA oraz CIA na dostęp do PRISM i innych programów amerykańskiej inwigilacji była aprobowana przez sprawujących władzę w Niemczech. Nie powinno więc w tej sprawie być dalszych dyskusji.

 


Jak podkreśla redakcja Deutsche Welle służbom niemieckim na obecną chwilę wolno monitorować tylko 20 procent komunikacji między Niemcami a innymi krajami oraz penetrować sieć wprowadzając ustalone hasła (jest ich obecnie na liście 1500). Powyższe działania podlegają w Niemczech kontroli ustawowej. Czy po wyborach rząd Merkel będzie zmuszony zmienić prawo aby zwiększyć zakres kontroli? Stanie się to faktem z pewnością w momencie, kiedy ruszy niemiecki program BND wzorowany na PRISM.

 

 

W sprawie działań wywiadu zabrał głos Hartfried Wolf - były szef BND, który zaznaczył, że na szczęście służby wywiadowcze świata mogą wymieniać się zbieranymi informacjami. Struktury wywiadu nie mogłyby skutecznie przeciwdziałać zamachom terrorystycznym, gdyby kontrwywiad nie mógł wymieniać się tymi danymi z parterami – czytamy na portalu rp.pl.

 

 

Wolf uzmysłowił problem, z którym borykają się prawie wszystkie wywiady - dostępu do danych. Aby reakcja była pełna, szybka i odpowiadała na żywotne interesy państwa i bezpieczeństwa obywateli, wywiad musi mieć dostęp do różnego rodzaju danych. Niestety w większości krajów taki dostęp jest pod ścisłym nadzorem sądów a mechanizmy ich pozyskania przekraczają możliwości finansowe. Problem pojawia się wówczas, gdy na własnym gruncie kontrwywiad nie ma możliwości pozyskania interesujących go informacji do realizowanych spraw. Co wtedy?

 

 

Odpowiedzią na to zapotrzebowanie zawsze jest współpraca i wymiana wywiadowcza. NSA spełniała i będzie spełniać potrzeby wielu zaprzyjaźnionych wywiadów w tym niemieckiej BND. Amerykanie dysponują największą na świecie bazą wywiadowczą tworząc tym samym ekskluzywny klub, do którego dostęp mają nieliczni. Dysponują ogromnym budżetem na tą działalność i posiadają zdolność pozyskiwania informacji wywiadowczych.

 

 

Stąd różnorodność tych informacji jest naprawdę szeroka. Państwa będące poza tym klubem zmuszone są do żmudnej tradycyjnej pracy wywiadowczej, która nie zawsze zwieńczona jest sukcesami. Wystarczy porównać amerykańską NSA, brytyjską GCHQ i projekt BND. W tej pierwszej pracuje 60 tys. funkcjonariuszy/analityków, w drugiej 15 tys. a niemiecka agencja zatrudnia około 1500 osób.

 

 

Skala instytucjonalności jest ogromna. Europejskie służby wywiadu nigdy nie osiągnęły takiego poziomu i nie zanosi się, aby w ogóle go osiągnęły. Z drugiej strony europejskie wywiady nie muszą tworzyć tak rozbudowanych struktur, ponieważ w razie potrzeby mogą skorzystać z pomocy sojuszniczej NSA lub CIA. I jeszcze jedna rzecz. Mimo, że Amerykanie posiadają ogromną bazę szpiegowskich danych, zatrudniają ogromną rzeszę pracowników, to od lat borykają się z jednym poważnym problemem - dezercją. Problem ten, mimo wielkich nakładów finansowych jest piętą achillesową tej działalności. NSA i CIA mają pełną świadomość takiego stanu rzeczy lecz do tej pory nie poradziły sobie z tym problemem.

 

 

Dodatkowo media zelektryzowała informacja, że także do Ambasady Niemiec w Moskwie wpłynął faks z wnioskiem o azyl polityczny dla Snowdena. Należy podkreślić, że takie wnioski otrzymało około 20 krajów, w tym także Polska.

 

 

Na reakcję ze strony niemieckiego resortu spraw wewnętrznych nie trzeba było długo czekać. Jeszcze we wtorek wieczorem minister spraw wewnętrznych Hans Peter Friedrich poinformował, że Niemcy odrzuciły wniosek o azyl. Również Polska odrzuciła taki wniosek. Taka liczba próśb o azyl jest być może zasłoną dymną dla samego Snowden, by Amerykanie nie dowiedzieli się, w którym kraju stara się o schronienie. Być może prowadzi rozmowy z krajami, do których nie złożył wniosków o azyl?! W pewnym sensie miało by to swoje uzasadnienie. Jak długo będzie on „podróżował” po świecie (nie ruszając się z moskiewskiego lotniska) w poszukiwaniu schronienia, tak długo media będą miały pożywkę.



Jak będzie wyglądał świat po aferze Snowden’a?


Odnosząc się do ostatnich wydarzeń głos zabrali europarlamentarzyści z frakcji Zielonych. Daniel Cohn-Bendit mówił, że Snowden stanął w obronie elementarnych praw człowieka, przede wszystkim obywateli Europy, a pozostawienie go bez pomocy i nie udzielenie azylu będzie niegodziwością UE. Czy stanie się ikoną europejskiej wolności, pokaże czas.

 


Niemieckie media wątpią w prawo do prywatności. Frankfurter Allgemeine Zeitung wskazał, że tak samo jak niepewny jest los Snowden’a, tak przewrotnie niewiadomym jest to co gromadzą o nas Chiny i Rosja. Inne niemieckie pisma wskazują, że doszło w pewnym momencie do przełomu, w którym Amerykanie wiedzą za dużo i nie mają pomysłu jak tę wiedzę zagospodarować.

 

Nie dziwi postawa dziennikarzy, którzy reprezentują nurt wolnościowy. Dziwi natomiast postawa i retoryka polityków, którzy na fali afery z programami szpiegowskimi próbują zbić kapitał polityczny. Dziwi tylko fakt, że wywiady poszczególnych krajów podlegają szefom rządów oraz szefom resortów. Nadzorowane są przez komisje parlamentarne, których składy tworzą przede wszystkim politycy. Parlamentarzyści otrzymują również pełną informacje od szefów podległych służb.

 

Dlaczego więc w ogniu afery każdy z nich próbuje „udać Greka” wykazując oburzenie programami szpiegowskimi, podsłuchami, kontrolą Internetu? Można zapytać, czym niby miałby się zajmować wywiad według polityków? Jak wyglądałaby polityka zagraniczna Niemiec czy USA bez sprawnie działającego wywiadu? Czy Niemcy nadal byłyby potęgą europejskiej gospodarki? Przecież tego typu agencje przede wszystkim, dostarczają informacji politycznym przełożonym, którzy wykorzystują je z powodzeniem w planowaniu polityki zagranicznej od setek lat. Informacje pozyskane przez wywiad służą również realizowaniu statutowych zadań z zakresu bezpieczeństwa, ponieważ instytucje te zostały w tym celu powołane. Dlaczego więc politycy udają zdziwienie?

 

Krajom europejskim zależy na dobrych relacjach z USA i żaden z nich nie zdecyduje się na przyjęcie Snowdena. Paradoksalnie największe szanse na przyjęcie są w Ameryce Południowej lub na Bliskim Wschodzie. W krajach, w których rządy są zdecydowanie przeciwne mocarstwowej polityce USA a społeczeństwa nienawidzą Amerykanów, lub których relacje z USA są co najmniej chłodne.