komentarze | 04.12.2013

Jak państwo niemieckie udaje że nic nie wie.

autor: Łukasz Wolak

altPrzysłuchując się debacie na temat odnalezionych dzieł sztuki w prywatnym domu Corneliusa Gurlitta w Monachium zastanawiam się nad doniosłością tego wydarzenia. Niewątpliwie odkrycie to jest istotne dla zagadnień strat wojennych podczas II wojny światowej nie tylko na terenie okupowanej Polski. Czy kolekcja Corneliusa Gurlitta zmienia nasz pogląd na grabież? Czy wnosi w sprawę poszukiwań zagrabionych dóbr kultury nowe informacje? Z pewnością cała sprawa jest światłem w tunelu dla poszukiwania i rewindykacji dóbr kultury z terenu Niemiec. Powstaje więc pytanie, czy przedwcześnie mamy nadzieje na odzyskanie czegokolwiek?

 

 

Dr Łukasz Wolak (historyk, niemcoznawca)

 

 

 

 

 

Niemieckie źródło

 

W ostatnim czasie w polskich i niemieckich mediach o rodzinie Gurlitt napisano chyba już wszystko. Zastanawiano się przy okazji doniesień medialnych nad pochodzeniem zarekwirowanych dzieł sztuki oraz ich dalszym losem. Dyskutowano również nad stanem prawnym kolekcji.

 

W końcu Cornelius Gurlitt zabrał głos. W obliczu całej sprawy związanej z zabezpieczeniem przez niemieckie służby celne jego kolekcji powiedział, że nie zamierza oddać żadnego z obrazów. Można zadać pytanie: skąd ten upór? Przecież w przypadku, gdyby okazało się, że obrazy pochodzą z grabieży wojennej, prawdopodobnie zostanie zmuszony do ich oddania, a tym samym rząd niemiecki będzie zmuszony wypłacić Gurlittowi odszkodowanie. Dlaczego więc, mimo rzadkich wypowiedzi dla mediów, prezentuje Gurlitt postawę niechętną rozwiązaniu całego skandalu?

 

W dyskusji pojawił się dodatkowy głos niemieckiego eksperta - historyka sztuki - Ralpha Jentscha, który stwierdził, że rząd niemiecki powinien odkupić sporą część kolekcji Gurlitta za cenę obowiązującą na rynku sztuki. Nie trzeba dodawać, że w tym przypadku będzie to olbrzymia kwota liczona w milionach euro. Głos Jentscha wydaje się najrozsądniejszy i jest receptą na rozwiązanie kłopotów kolekcjonera. Oczywiście, jeśli okaże się, że dzieła te pochodzą z grabieży, wówczas rząd niemiecki mógłby zaoferować Gurlittowi wykupienie obrazów i zwrócić je właścicielom. W takim przypadku Berlin ostatecznie pokryłby wszelkie koszty operacji. Pytanie tylko: czy rząd Angeli Merkel  i  kolekcjoner zgodzą się na taki wariant?

 

Ostatecznie niechęć Gurlitta nie powinna była być zaskoczeniem dla władz niemieckich. Z jednej strony mamy nadal obowiązującą ustawę wywłaszczeniową z 1938 r. a z drugiej, prawodawstwo niemieckie nigdy nie zniosło tych przepisów. W takim przypadku rodzina Gurlitta posiada zebrane dzieła legalnie. Oczywiście inną sprawą jest grabież dóbr kultury podczas II wojny światowej. Nie mniej, zagłębiając się w procesy prawno-międzynarodowe odnieśc można wrażenie, że sprawa nie zmierza do szczęśliwego końca, a wręcz piętrzą się przed nami jeszcze większe problemy.

 

Jednak największym zaskoczeniem nie było odkrycie samej kolekcji (ponieważ każdy zainteresowany tymi zagadnieniami zdaje sobie sprawę z tego, że ukrytych kolekcji może być w Niemczech i na świecie jeszcze więcej), tylko reakcja niemieckich instytucji, które brały udział w odkryciu zbioru (m.in. niemieckich służb celnych oraz Urzędu Ochrony Konstytucji). Ponad dwa lata strzegły tajemnicy odnalezienia obrazów. Przede wszystkim chodzi o dochodzenie, jakie w tej sprawie prowadziły niemieckie służby oraz o wydarzenia sprzed blisko dwóch lat, o których instytucje te nie informowały społeczeństwa. W nich bowiem tkwi droga do rozwiązania całej zagadki. Dlaczego więc niemieckie organy ścigania strzegły informacji o kolekcji Gurlitta?

 

Możemy w tym przypadku rozważyć kilku scenariuszy wydarzeń. Do refleksji szczególnie ciekawej skłaniają dwa z nich. Pierwszy, w którym rzeczywiście Gurlitt spieniężał w Szwajcarii obrazy ze swojej kolekcji i wpadł przy okazji kontroli na granicy. To podczas podróży zatrzymano go prawdopodobnie z pieniędzmi. Jak przypuszczam, obrazy nie były głównym powodem zatrzymania. Dlaczego więc został zatrzymany? Jak wiemy, od jakiegoś czasu rząd Angeli Merkel walczył z patologią związaną z transferowaniem przez Niemców pieniędzy z nieewidencjonowanych źródeł na konta bankowe w Szwajcarii. Prawdopodobnie przy tej okazji Gurlitt mógł wpaść w sidła organów kontrolnych, które obserwowały jego aktywność. Z pewnością nie zdawały sobie sprawy z tego, że jego działalność będzie nosić znamiona nazistowskiej przeszłości i odkryją kolekcję jego ojca Hildebranda Gurlitta, czołowego marszanda III Rzeszy. Kiedy wreszcie zdały sobie z tego sprawę, nagle okazało się, że cała sprawa mogła być niebezpieczna dla rządu Merkel i nadano jej klauzulę „tajności” oraz zakazano przekazywania informacji mediom i społeczeństwu. Pojawienie się przed wyborami parlamentarnymi w Niemczech sprawy roszczeń za grabieże wojenne mogłoby nadszarpnąć wizerunek rządu a tym samym zaszkodzić relacjom międzynarodowym i samej kanclerz.

 

Drugi scenariusz związany z odkryciem przed laty kolekcji mógł przebiegać nieco inaczej. Ponieważ motywy, jakimi kierował się syn Hildebranda, nie są do końca jasne, mogą wskazywać na to, że Cornelius postanowił przemieścić całą kolekcję ze Szwajcarii na teren Niemiec. Wskutek szeroko zakrojonych kontroli podatkowych na granicy niemiecko-szwajcarskiej służby podatkowe wpadły na trop. Prowadząc działania obserwacyjne zdekonspirowały jego działalność. Skoro został zauważony przez organy celne z pewnością takich podróży odbył co najmniej kilka.

 

Nie trudno było natomiast, po odkryciu całej sprawy, przewidzieć skutki, jakie mogła ona przynieść przed wyborami parlamentarnymi w Niemczech. Obawa przed roszczeniami ze strony poszkodowanych przez nazistów w czasie II wojny jest w Niemczech tak duża, że o wielu kolekcjach zwyczajnie nadal nie wiemy.  Wiele z nich w dalszym ciągu trzymana jest w tajemnicy przed światem. Odnalezienie obrazów, co do których istnieje podejrzenie, że pochodzą z grabieży wojennej, właściwie od razu uruchamia lawinę roszczeń. Być może dlatego organy podatkowe wstrzymały się od upublicznienia tej informacji. Ponadto, mimo upływu blisko 70 lat od zakończenia wojny, sprawy strat wojennych w Niemczech w dziedzinie zabytków nie znalazły zinstytucjonalizowanego charakteru. Wygląda na to, że niemiecki rząd boi się grzebać we własnym prawie jak i obawia się ewentualnych roszczeń wyciszając wszelkie tego typu „ogniska”.

 

Dodatkowo nie wiemy do dziś, ile podobnych kolekcji, jak Gurlitta, znajduje się w Niemczech i w bankowych skrytkach w Szwajcarii. Przynajmniej na tą chwilę nie są to informacje oficjalne. Należy podejrzewać, że wiele takich kolekcji jest w posiadaniu osób prywatnych, które nabyły dzieła lub je odziedziczyły. Nie upubliczniają one informacji o ich posiadaniu ponieważ zdają sobie sprawę, że mogą pochodzić z  działalności nazistowskiej. Organy ścigania i dyplomacja zdane są w sprawach rewindykacji na przypadki. Trochę smutne, że rząd niemiecki od zakończenia wojny nie wykazuje zainteresowania rozwiązaniem problemów rewindykacyjnych de facto nadal przykładając do grabieży „własną rękę”.