komentarze | 12.10.2013

Kontrwywiad RFN mówił esesmanom „NIE”

autor: Łukasz Wolak

W ostatnim czasie wzrosło zainteresowanie badaczy niemieckich historią RFN. W szczególności skupiają swoją uwagę na pierwszych latach istnienia Zachodniej Republiki. W obecnym czasie tendencja ta jest tym bardziej zauważalna, ponieważ dotyczy w równym stopniu zachodnich niemieckich służb specjalnych. Powodem zainteresowania jest przede wszystkim chęć zmierzenia się z własną przeszłością. Po próbie zbadania archiwów niemieckiego wywiadu i odtworzeniu historii powstania BND (Bundesnachrichtendienst-BND), przez weryfikację Federalnego Biura Kryminalnego (Bundeskriminalamt-BKA), Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Sprawiedliwości przyszedł czas na niemiecki kontrwywiad (Budesamt für Verfassungsschutz- BfV dalej UOK). Cóż mogą powiedzieć historycy o działalności tego urzędu? Czy podobnie jak w wywiadzie również kontrwywiad był zdominowany przez „brunatną opcję”?

 


Łukasz Wolak (niemcoznawca; dr nauk historycznych)

 


Pierwsza próba- wywiad



Kiedy przyszedł czas na weryfikację pracowników i instytucji niemieckiego wywiadu (BND) z pewnością jej funkcjonariusze przeczuwali nadchodzący „armagedon”. Informacje do jakich dotarła komisja niemieckich historyków miały być nie tylko „uderzeniem się w pierś” ale przede wszystkim miały wyjaśnić nazistowską przeszłość wywiadu RFN.


Raport z tych badań wywołał wzburzenie w wielu kręgach kombatanckich i a także tych skupionych wokół Instytutu Wiesenthala. Szybko okazało się, w wyniku ustaleń komisji, że wiele stron materiałów osobowych byłych funkcjonariuszy z nazistowskich służb specjalnych zostało zniszczonych. Paradoksalnie wiele dokumentów z archiwum BND uległo zniszczeniu dopiero w 2007 r!


Oliwy do ognia dolała informacja o tym, że wielu zbrodniarzy wojennych ściganych międzynarodowymi listami gończymi znajdowało się pod parasolami ochronnymi niemieckiego wywiadu. Jako przykład mogą służyć postacie: Waltera Rauffa - w czasie okupacji kierownika grupy SD odpowiedzialnej za funkcjonowanie ruchomych komór gazowych, czy Klausa Barbie zwanego „rzeźnikiem z Lyonu”. W obydwu przypadkach nazistowscy zbrodniarze byli etatowymi współpracownikami niemieckiego wywiadu, poszukiwanymi listami gończymi za zbrodnie wojenne.


W wyniku przeprowadzonych przez Komisję prac okazało się, że w przeszłości kadra wywiadu BND składała się przede wszystkim funkcjonariuszy Abwehry, Gestapo, SS, rzadziej żołnierzy Wehrmachtu. Ta polityka kadrowa, nieco wymuszona przez „nowy” układ geopolityczny Europy, była rutynową, szczególnie w pierwszym okresie tworzenia się struktur wywiadowczych, które znajdowały się pod kontrolą USA i W. Brytanii.


Mimo, że Reinhard Gehlen stał na czele organizacji para-wywiadowczej, to właściwie wykonywał polecenie sojuszników z CIA i MI6. W chwili powstania RFN „organizacja Gehelena”, jako gotowa struktura wywiadowcza płynnie przeszła na służbę Republiki Federalnej. Wraz z nią przeszli byli esesmani i funkcjonariusze Gestapo. Od tamtego czasu przez szereg lat mieli oni słabość do organizacji neonazistowskich. Fakt ten nie powinien dziwić.


Kolejne ustaleniach historyków przyniosły informacje, że twórca niemieckiego wywiadu Reinhard Gehlen zatrudniał byłych nazistów i robił to za przyzwoleniem opiekunów z CIA i MI6. Informacje te wprowadziły dziś społeczeństwo niemieckie w konsternację. Dlaczego? W oficjalnym odbiorze społecznym wymiar sprawiedliwości za pomocą wywiadów: amerykańskiego i brytyjskiego ścigał zbrodniarzy wojennych. Jak się okazało: również dawał im pracę! W tej sytuacji okazało się, że aliancka powojenna polityka denazyfikacyjna nie osiągnęła nawet stanu przyzwoitości. Ale, czy działalność wywiadów zawsze była i jest czarno-biała? Z pewnością nie.



Warto w tym miejscu postawić inne pytanie. Skąd świeżo utworzony zachodnioniemiecki wywiad miał czerpać kadry do nowych struktur? Pewnym jest, że Amerykanie zainicjowali powstanie organizacji Gehlena i powierzyli mu misję stworzenia nowego demokratycznego wywiadu RFN. Wobec nowych wyzwań politycznych, przed którymi stanęły Niemcy Zachodnie, Amerykanie musieli stworzyć niemiecki wywiad od podstaw i w oparciu o wiedzę i doświadczenie byłych nazistowskich funkcjonariuszy.


W przeciwnym razie RFN byłoby w polityce zagranicznej "ślepe", nie mogłoby skutecznie bronić się przed wpływami ZSRR. Doświadczenie byłych nazistów było potrzebne Amerykanom przede wszystkim z dwóch powodów: do walki ze Związkiem Radzieckim i służbami NRD oraz wyszkolenia młodej kadry. Gdybyśmy spojrzeli na enerdowską służbę bezpieczeństwa STASI i przeanalizowali jej korpus funkcjonariuszy okazałoby się, że znakomita ich większość wywodziła się albo z SS albo z Gestapo.



Kontrwywiad to wyjątek?



Na zlecenie Hansa-Georga Massena - szefa Urzędu Ochrony Konstytucji historycy Constantin Göschler i Michael Wala podjęli się próby zbadania powiązań funkcjonariuszy tego urzędu z nazistowską bezpieką. Badania mają dotyczyć pracowników i funkcjonariuszy kontrwywiadu, którzy przewinęli się przez ten urząd w latach 1950-1975 r.



Przed kilkoma dniami na łamach niemieckiej prasy opublikowali oni swoje wstępne wyniki, które w pierwszej chwili były bardzo zaskakujące. Okazało się bowiem, że jedynie Walter Odewald były dyrektor fili kontrwywiadu w Hanowerze był esesmanem. Autorzy wstępnego raportu wskazują, że w tym konkretnym przypadku był to raczej wyjątek. Stwierdzają oni, że kontrwywiad nie sięgał po wiedzę i doświadczenie byłych esesmanów.



Czy taka tendencja mogła towarzyszyć kontrwywiadowi w całej rozciągłości? Odpowiedź na to pytanie, bez możliwości zbadania wszystkich akt, będzie niepełna. O ile kontrwywiad nie zatrudniał byłych nazistów, jak miało to miejsce choćby w przypadku służb wywiadowczych, nie oznacza, że nie próbował werbować ich na tajnych współpracowników używając do tego najprostszego ze środków perswazji - szantażu. Zaznaczmy, że badanie to dotyczy przede wszystkim udziału funkcjonariuszy III Rzeszy w strukturze kontrwywiadu a nie ewentualnej ich współpracy.



Być może gdyby badacze poszli dalej w swoich poszukiwaniach obraz byłby zgoła inny. Z drugiej strony wydaje się całkiem logiczne, że niechęć kontrwywiadu do byłych esesmanów wynikała bardziej z praktycznego podejścia. Tego rodzaju służba pracowała i pracuje wewnątrz państwa, często mając dostęp do różnego rodzaju tajemnic kluczowych dla polityki wewnętrznej. Dlatego profilując kandydatów urząd wybierał takich, których nie byli obciążeni działalnością w strukturach bezpieczeństwa III Rzeszy.


Co za tym idzie, nie byli podatni na szantaż ze strony obcych służb. Pozostaje na koniec jeszcze jedna ważna uwaga. Ponieważ Amerykanie i Brytyjczycy zastrzegli sobie decyzyjność w sprawach wywiadu Gehlena a później BND, prawdopodobnie w ramach odbudowy struktur służb zabezpieczających działalność wywiadu RFN zdecydowali, że „nowy” demokratyczny kontrwywiad stworzą tylko Niemcy. Taka wizja mogła być najbardziej prawdopodobna.


W dalszej części raportu członkowie Komisji przeanalizowali stan zatrudnienia w kontrwywiadzie byłych członków partii NSDAP. Oszacowali oni, iż stan zatrudnienia w kontrwywiadzie osób z nazistowską przeszłością wynosił około 15%. Porównując wzajemne stan kadrowy w wywiadzie (BND), federalnym biurze kryminalnym (BKA), czy Ministerstwie Spraw Zagranicznych można śmiało stwierdzić, że w przypadku kontrwywiadu ten odsetek jest stosunkowo niski.


Czy dowiemy się więcej na temat działalności Urzędu Ochrony Konstytucji pokaże czas. Z pewnością należy śledzić końcowe oceny stanu zatrudnienia w niemieckim kontrwywiadzie. Nie spodziewajmy się jednak wielkich rewelacji w ustaleniach komisji. Po pierwsze ma ona ograniczony dostęp do materiałów kontrwywiadu, ograniczone cezury czasowe a także nieszczęśliwą historię przy okazji "agentów  w wywiadzie BND", która nagłośniona nie przysporzyła fanów samemu urzędowi.