komentarze | 27.06.2018

Niemcy jadą do domu

autor: Tomasz Sikora
Niemcy jadą do domu
Niemcy, podobnie jak Polska, zajęli ostatnie miejsce w swojej grupie i po rundzie grupowej wracają na tarczy z Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Rosji. Tyle że, jak szybko wyliczyli ich statystycy, tak źle nie było jeszcze nigdy w historii. Czy my możemy wyciągnąć z tego jakąś nauczkę?

Tak. Społeczną. Gdy tylko wybrzmiał ostatni gwizdek sędziego na boisku w Kazaniu natychmiast włączyłem niemieckie radia i niemieckie portale, by zobaczyć, jak oni znoszą największą porażkę w historii niemieckiego futbolu. 

Przecież już wcześniej media pisały - w bardzo zachowawczym tonie - że mecze kontrolne nie napawały optymizmem, że porażka z Meksykiem nie była wypadkiem przy pracy, ale konsekwencją niskiej formy. Że gol w ostatniej minucie ze Szwecją, dający zwycięstwo i nadzieję na przyszłość, był cudem i właściwie klasycznym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Mówiło się, że w kadrze są podziały na „grupę bling-bling” (tych wystylizowanych, wyżelowanych chłopców z Oezilem na czele) i „grupę monachijską” z zadzierającymi nosy Neuerem i Muellerem. Że to te dwie grupy niczym ogon kręcą psem czyli trenerem Loewem i decydowały kogo zabrać do Rosji. 

Mecz z Koreą był katastrofą. Niemcy grali bez pomysłu, na stojąco, bez wiary, bez koncepcji w dziwnym składzie, nie rozumiejąc co dzieje się na boisku. Powodów do frontalnej krytyki tuzin. 

A co mówi się po porażce? Włączyłem radio, przeczytałem pierwsze wpisy na portalach i byłem zadziwiony. I zawstydzony. 



To może najpierw o zadziwieniu. Nie było słychać w telefonach od słuchaczy i komentarzach ze studia w radiu - a posłuchałem kilku przypadkowych rozgłośni publicznych i prywatnych - kpin, drwin, złośliwości. Nie słychać mowy nienawiści o patałachach, ludziach, którzy nie zostawili na boisku serca, nie słychać żądania natychmiastowego zwolnienia Loewa i pognania jego wron na Syberię. Piłkarzy krytykując za słabą grę nie obrażano i z nich nie szydzono. Nazywano całkiem neutralnie - „drużyną”, „chłopakami”, „zespołem”. Tak jak w Polsce funkcjonowało określenie „orły Nawałki” tak w Niemczechod lat krąży pojęcie „Jogies Jungs” - „Chłopcy Jogiego” (Jogi to zdrobnienie od Joachima Loewa). I właśnie tak: „Jungs” słuchacze nazywali drużynę w swoich wypowiedziach tuż po zakończeniu meczu.

Nikt nie powiedział, by zwolnić Loewa. W jednej z audycji prezenterka zapytała ekspertkę piłkarską o tę kwestię - usłyszała - „no trener Loew musi się sam zastanowić, czy ma pomysł jak wyjść z kryzysu, czy też czuje się bezradny i wtedy pewnie zrezygnuje.” Nie padło ani razu „musimy zwolnić Loewa”. Co najwyżej - „jeśli zechce to sam się zwolni”. Ktoś inny rzucił, komentując to co usłyszano na konferencji pomeczowej - „teraz kierownik sportowy niemieckiego związku piłki nożnej musi przeprowadzić analizę i wtedy ewentualnie wyciągniemy konsekwencje. Nie chodzi o konsekwencje personalne. Musimy zrozumieć, gdzie był błąd”.  

Z kolei sam trener - pogardzany w Polsce, za swoje mało zgodne z etykietą zachowania publiczne - powiedział na pomeczowej konferencji: „tak, to gorzka sytuacja, bardzo gorzka. Taką grą zasłużyliśmy na ostatnie miejsce w grupie i powrót do domu. Przejmuję za to pełną odpowiedzialność. 

Te wszystkie wyważone reakcje w obliczu „narodowej tragedii”, „największej narodowej tragedii w historii niemieckiej piłki nożnej mnie zadziwiły. 




A co mnie zawstydziło? 

Sam komentując polskie występy wpadłem parę razy w ton kpiarski, złośliwy, szyderczy. I mi teraz wstyd. Spąsowiałem. Bo te kpiny to dowód na jakieś leczenie własnych kompleksów za pomocą oceniania grupy ludzi, którzy pojechali kopać piłkę. Sam kpiłem, że najlepiej im szła gra w... reklamach. Że Lewandowski mówił do pilota w Rosji, by nie gasił silnika, gdyż zaraz wracają. A nie byłem najostrzejszy w tych sądach - jeśli przypomnieć okładkę „Dziady” Przeglądu Sportowego, czy określenia patałachy w bulwarówkach. W niemieckich mediach od niemieckich dziennikarzy słyszałem, że to smutne i że się chłopcom nie udało. I tylko pytanie, co teraz będziemy z czasem robić? Żadnego leczenia piłką nożną własnych życiowych porażek. 

Podejrzewam siebie i kolegów po fachu, a przy okazji wszystkich autorów memów, żarcików, prztyczków i sprawców walenia obuchem w głowy piłkarzy - że własne życiowe frustracje chcieliśmy leczyć zbiorową dumą z poczynań reprezentacji. I gdy nie udało się zatrzymać naszej własnej żółci potokiem ambrozji z Rosji, to nam się ulało na nich. A w sumie powinno na nas samych. 

To dobra lekcja etyki i może po prostu higieny psychicznej. Że piłka nożna to tylko piłka nożna. Jak mawiał Jan Paweł II sprawa najważniejsza, ale spośród spraw nieważnych. A kpienie z piłkarzy, szydzenie nie pokazuje ich małości ale to dowód naszych kompleksów. Tego, że nasze życiowe porażki chcielibyśmy sobie rekompensować triumfalnym pochodem wybrańców Nawałki. A to tylko piłka nożna. 

Może to dobra nauka na Japonię. To nie jest mecz o polski honor. To trzeci mecz w grupie. Jeśli wygramy - dobrze. Jeśli przegramy to przegramy. Tyle i tylko tyle. 

Tego nauczył mnie wieczór z jednym uchem i okiem rzuconym za tamtą stronę Odry. 

 


o autorze

Tomasz Sikora

Tomasz Sikora

redaktor naczelny niemcy-online.pl, dziennikarz Polskiego Radia specjalizujący się w tematyce niemieckiej, pracownik wrocławskiego Centrum im. Willy'ego Brandta.

Inne artykuły

komentarze

#GermanDeathCamps

komentarze

Zapłacicie za wojnę!?!

komentarze

Nie zmniejszą Polakom Kindergeld

komentarze

Karski szpiegiem niemieckiego wywiadu

komentarze

Historia czy histeria?

komentarze

Fiskus pod choinką

komentarze

Mów po polski!

komentarze

Wolność prasy?

komentarze

Podwójne eko-standardy

komentarze

Zmiana kierunku